Droga do…? 80 dni.

Kiedy idę, nie podnoszę wzroku. Bo po co?

Do nikąd
Oglądam tysięczny raz ten sam chodnik.

Znam każdy jego milimetr. Nie wierzycie? Popatrzcie dokładnie na którąkolwiek z kostek brukowych, które razem tworzą właśnie ten żółto-szary chodnik. Na każdej jest mój odcisk, ciągle tu jestem. Jeszcze tu jestem. 
Doskonale wiem, dokąd mnie prowadzi, więc oddaje mu się doszczętnie. Nikomu nie ufam tak bardzo, jak tej drodze. Gdybym tylko mógł, zamknąłbym oczy i szedł. Ale już mnie to męczy, więc spoglądam na ekran telefonu.
To już moja trzecia ręka. Na niej mam zegarek, na niej mam swoje rozrywki, ona zapisuje moje wspomnienia. Dzisiaj ma dla mnie prostą wiadomość: zaraz jedenasta, fajnie, gdybyś ruszył dupę do domu. Na jej środku widnieje biały trójkąt. Klikam i zastanawiam się, gdzie mnie dzisiaj zabierze. 

Piękny i uspokajający głos kobiety, światło księżyca odsłania miasto, słyszę ryk drzew: „Witaj w hotelu Marmur”. Chciałbym… Ale ten chodnik mnie dzisiaj do niego nie zaprowadzi. Przenika mnie strach, prawie przerażenie. Ale po co ja idę? Ciągnę za słuchawki, niemal wyrywając je z uszu. Przystaję na moment, żeby się uspokoić. 

Już nie chce patrzeć na ten chodnik…

Więc na co innego? Wokół mnie bloki. Czuję się obco i prawie jak w domu. Obco, bo to nie moja środowisko, obco, bo przytłacza mnie ich wielkość. Jak w domu, bo znam je jak własne mieszkanie. Na każdej ich ścianie zawiesiłem już kilka razy swój wzrok, jeszcze zanim przestałem go podnosić. Wtedy szukałem czegoś nowego, może jakiejś inspiracji. Dzisiaj chce uciekać i odpocząć. 
Mimo późnej pory spotykam jeszcze ludzi. Jest lato, temperatura spadła razem ze słońcem, więc można się przejść. Ale gdzie oni idą? I czemu te nieznane twarze, w ogóle nie wydają się nieznane? Już je kiedyś widziałem. Znowu panika. Czy ja żyję w Matrixie? A może ja jestem jego błędem?

Szukam kolejnej ucieczki. Gdzie teraz…?

Niebo! Spoglądam do góry. Dzisiaj pełnia. Księżyc nigdy nie będzie mnie męczyć – bo zawsze jest jeszcze jego mroczna, niedostępna strona. Jest zaskakujący podobny do ludzi. Tylko bardziej świeci. Prócz niego granat nocnego nieba przebijają błyszczące szpilki, jakby próbowały przywrócić dzień. Ale po co? 
Oprócz tych conocnych elementów, są jeszcze chmury. Ludzie zdecydowanie za mało się w nie patrzą. Z drugiej strony czuję, że ja wręcz przeciwnie – aż za dużo. Bo już nie są tak interesujące, ich kształty nie pobudzają aż tak wyobraźni. Męczą mnie. Potrzebuję bodźców!

Włóczę nogę za nogą, ale jakoś niechętnie.

Znowu szukam ratunku w świecącym prostokącie. Wkładam delikatnie słuchawki. 
„Chce mieć duży dom…” – Dalej! „Uciekam z miasta, Kraków mnie połamał…” – Dalej do cholery. Taka ucieczka nic mi nie da. Potrzebuję czegoś innego. Kolejna piosenka i kolejna, i kolejna. Chyba dzisiaj nie znajdę odpowiedzi. Wtedy dochodzi do moich uszu znajoma melodia, znajomy wokal. Otwieram szerzej oczy, podnoszę lekko głowę – przede mną jeszcze kawałek drogi, to bardzo dobrze.

W osiemdziesiąt dni dookoła własnej głowy.

To jest to. Tego szukałem. Takiej podróży chce! Dookoła głowy jeszcze nigdy nie przeszedłem. Brzmi ciekawie, brzmi jak odpowiednie wyjście. Ale osiemdziesiąt dni… Spróbuje. Co mi szkodzi, może mi tylko pomóc. Pomóc odpocząć i uciec. I zrozumieć.