Demon Maiden Zakuro #1-3 – recenzja mangi.

otome youkai zakuro

Demon Maiden Zakuro

Kraj kwitnącej wiśni powoli otwiera się na zachód. Tak oto na rynku zaczynają pojawiać się herbatniki i inne egzotyczne słodycze. Zmienia się także moda: tradycyjne japońskie stroje, powoli zastępowane są tym, co akurat jest modne. Zmienia się także styl budownictwa, a także język. Najważniejszą jednak zmianą było odejście od używanego przez wieki kalendarza księżycowo-słonecznego i wdrążenie kalendarza gregoriańskiego.

Taka reforma nie spodobała się Demonianą, którzy żyli obok Japończyków praktycznie od zawsze. Rząd nie konsultował z nimi tej reformy, co ich uraziło. Specjalnie, aby załagodzić konflikt kalendarzowy, a także inne niesnaski powstało Ministerstwo do Spraw Demoniam.

Demonianie jednak nigdy nie cieszyły się zbyt dużą popularnością, raczej stronili od ludzi. Tak samo było z czwórką bohaterek: Zakuro, Susukihotaru oraz siostrami Hozuki i Bombori. Teraz jednak, po spotkaniu z trzema podporucznikami Cesarskiej Armii Wielkiej Japonii muszą stworzyć zgrane zespoły. Będzie nam dane obserwować ich starania, aby zażegnać konflikty na płaszczyźnie ludzie-demony, ale także demony-demony.

Czy poradzą sobie ze swoimi pierwszymi misjami? Gdy działały razem, zawsze im się udawało. Ale teraz są po części rozdzielone. A co jeżeli ich świat zaburzy… porwanie?!

Lisy i kwiaty wiśni.

Powinienem najpierw wspomnieć o fabule, tak jak to zwykle robię. Ale nie tym razem, najpierw bohaterowie.

Pewnie zapytacie dlaczego? Bo są okropni. Naprawdę. Trójka głównych bohaterek jest strasznie, strasznie dziecinna, a na pewno mają już sporo lat na karku – tak szczerze, nie jestem pewny, czy gdzieś w tekście było ich wiek wspomniany, jeżeli był, to przepraszam, musiało mi umknąć. Tytułowa Zakuro wypada tu najgorzej. Z założenia prawdopodobnie miała być bystra i cięta. Wyszła denerwująco i niepoważnie. Została zatrudniona w bardzo ważnej instytucji, która powinna polepszać stosunki między dwoma grupami, a jednak obraża się o dosłownie wszystko, nawet o spróbowanie głupiej „nowości” z zachodu. Trochę lepiej wypada tutaj Susukihotaru wraz ze swoim partnerem Rikenem. Przynajmniej widać, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

Siostry Hozuki i Bombroi to już kompletna porażka. Już sobie wyobrażam ich piszczące głosy w anime. To jest właśnie te dziecinne zachowanie, o którym mówiłem wcześniej. Zero powagi, mimo ważnej pracy. W ogóle tam nikt chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że to ich praca, a nie towarzyskie spotkania. Ale zejdźmy z demonów, a skupmy się na wojskowych. Oni wcale nie są lepsi. Są ciapowaci, praktycznie bezużyteczni przy stresującej sytuacji. A nawet jeżeli znajdą w sobie siłę do walki, to i tak zostają szybko z niej wyłączeni. Przecież zanim wysłaliby ich do Ministerstwa od Spraw DEMONÓW, nie ludzi, nie zwierząt, DEMONÓW, to powinni otrzymać odpowiednie szkolenie z walki i zwyczajów. Głupota.

No i kto do armii przyjmuje nastolatka? I to w stopniu podporucznika? Ciekawszy jednak jest partner Zakuro. Jakby ona nie wystarczyła czytelnikowi do patrzenia z politowaniem, Kei Agemaki boi się domonian. Rozumiecie to? Bo i się demonian, z którymi musi pracować. Co za nielogiczność.
I takim sposobem możemy przejść do fabuły: powyższy tekst był do tego niezbędny.

manga

Draka o kalendarz.

Bo gdyby kogoś nie zniechęciły postacie, to w warstwie fabularnej wcale nie jest dużo lepiej. Pierwszy, znaczącym wątkiem jest oczywiście ten kalendarz. Rozumiem, gdyby ona zmieniał, nie wiem, kolejność pór roku, dodawał 50 nowych miesięcy, czy skracał rok o połowę – wtedy konflikt miałby większy sens. Ale z przypisków tłumacza wynika, że w księżycowo-słonecznym miesiące były o dzień krótsze, co skutkowało raz na kilkanaście lat dodawanie jednego. Głupota, szczególnie że nawet postarano się przenieść wszystkie święta i nawet tradycyjne wróżby.

Szybko jednak okazuje się, że tak naprawdę tu nie chodzi o konflikty między dwoma osobnymi światami, a jedynie o sporo, sporo romansu. Oczywiście, mamy pojedyncze zadania, nawet w trzecim tomie układa się jakaś większa intryga – niestety, jakoś mocno mnie nie wciągnęła – ale głównym filarem fabuły są relacje między postaciami. Oczywiście w tle pełno błyskotek i kwiatków, wiecie, o co chodzi.
Gdyby to jeszcze miało jakiś sens. Znają się niecałe kilka dni, a już żyją ze sobpoą jak starzy znajomi. Ba, Kei nawet zabiera Zakuro do swojego rodzinnego domu. Po dwóch dniach współpracy. Poza tym zbytnie spoufalanie się, aż razi w oczy. Wszystko dzieje się za szybko.

I znowu: najlepiej wypada relacja Susukihotaru z Rikenem. Ona, mimo oczywistych torów, po których zmienia, jest delikatna i nawet lekko tajemnicza. A tajemniczości w tej mandze bardziej i to bardzo. Bo ta pokazywana w strzępach przeszłość Zakuro kompletnie mnie nie wciągnęła.

Tak właśnie obserwujemy codziennie życie ministerstwa, które zamiast rozwiązywać problemy – których na pewno jest sporo, przecież bez przyczyny ludzie by tak nie stronili od demonian – to podaje nam na tacy sielankę. Średnio.

Ale to nie jest tak, że nie da się tego czytać. Bardzo na plus jest fakt, że autorka nie zapomniała o folklorze japońskim. Mamy tutaj, wypierane, ale daje używane, stroje japońskie, mamy demony z wierzeń, chociażby Raiju. No i fajnie wypadają te codzienne wróżby za kalendarza.

Kobieca kreska.

Autorką mangi jest Lily Hoshino. Demon Maiden Zakuro (org. Otome Youkai Zakuro) powstało w 2006 roku, czyli już całkiem sporo lat temu. Ale nie utrudnia to czytania. Prócz mangi, której poświęcona jest ta recenzja, autorka stworzyła ich jeszcze całkiem sporo. W większości są to jednak romanse, więc też nic ciekawego.

Widać, że mangę stworzyła kobieta i wydać, że to shoujo. Nie dostaniemy tutaj żadnych pięknych teł czy, tak jak było w „Dimension W”, otwartych, szczegółowo narysowanych przestrzeni. Zamiast tego w tle zobaczymy, na przykład pięknie narysowane kwiaty. Czy choćby te iskierki, o których wspominałem wcześniej. A kwiatów w tej mandze jest naprawdę dużo. I dobrze. Cieszą oko. Postacie często też po prostu stoją na białym tle. Gdy jednak już się coś pojawi, często są to proste kreski, które nijak nie przyciągają uwagi. Lub krótkie, faliste linie, zaznaczające tylko kontury przedmiotów lub zabudowań.
Ale w zamian za tło, mamy genialnie – naprawdę, nie na ciągam – zrobione postacie. Do nich została przyłożona największa uwaga. Do ich włosów, do twarzy i do ekspresji. Najlepiej jednak kreskę widać w strojach. Yukaty dziewczyn wyglądają fenomenalnie, zresztą tak samo, jak suknie balowe.

Design innych demonów jest stabilny. W przeciwieństwie do bohaterek, które są tylko pół-demonami, ci stuprocentowi wyglądają jak lekko zniekształcone zwierzęta. Na przykład lisica z długim pyskiem, czy słoń chodzący na dwóch nogach. No i trzy sprzątaczki, wyglądające zupełnie identycznie. Nigdy bym nie pomyślał, że to ludzkie wcielenia tanuki. Mamy też aspekt humorystyczny, w postaci czegoś, czego nie mogę zdefiniować. Śmieszne zwierzątko, podobało mi się.

recenzja mangi

W wierzeniach Japończyków nie ma leniwców.

Szczerze, nie mam pojęcia, co skusiło mnie do kupna tej mangi kilka lat temu. Nie pamiętam dokładnie kiedy, jedynie mam przebłyski, że wychodziłem z trzema mangami, w tym pierwszym tomem „Demon Maiden Zakuro”. Może okłada? Teraz nawet nie zwróciłbym na nie większej uwagi. Zdecydowanie za dużo się na nich dzieje. Oczywiści, mówię o obwolucie, chyba wszystkie mangi Studia JG mają obwoluty. I w tym przypadku to nie wygląda. Dużo lepiej sprawowałyby się czyste okładki, które pokazują, co trzeba i zachowują odpowiedni minimalizm.

W Polsce wyszło dokładnie 9 tomów, ale manga cały czas jest kontynuowana. Ja zatrzymałem się na trzech i prawdopodobnie nie kupię więcej. Może kiedyś, gdy nie będę miał już nic, co chciałbym przeczytać. Nie kupiła mnie ta manga.

Brakuje w niej głębi, brakuje czegoś, co czytelnika przytrzymałoby na dłużej. No i brakuje elementu, który sprawiłby, że potencjalny czytelnik chciałby sięgnąć po kolejny tom. Ja nie chciałem, nie ciągnęło mnie do dalszego zgłębiania historii.

Ale czy warto przeczytać – najlepiej, jakbyście zdecydowali sami. Ja jednak uważam, że na polskim rynku są znacznie ciekawsze tytuły i trochę szkoda wydawać 20 złotych na kolejny tom Zakuro. Tak jak wspominałem, ja zatrzymałem się na kupnie trzech. Kto wie, może od szóstego zaczyna się robić ciekawie? Może jednak warto sprawdzić dalsze tomy? I na takie właśnie okazje wprowadzam nowy segment do recenzji. Starałem się wybrać przynajmniej jedną rzecz, która przykuła moją uwagę z każdego tomu.

Jeżeli jednak kompletnie cię to nie interesuję, to tutaj się pożegnamy 😀 Zapraszam do polajkowania fanpejdża na Facebooku, wtedy nie przegapisz żadnego nowego tekstu!

Dalszy tekst zawiera spoilery i czytasz na swoją odpowiedzialność. Ale gdy nie przeczytasz, to pewnie będziesz żałować.

leniwiec

Tom pierwszy:

+ Tutaj zwróciłem największą uwagę na kreskę. Typowo kobieca. Najbardziej rzuciła mi się w oczy ładnie ozdobiona torba na początku czwartego rozdziału.
+ Dobrze też, że Kei zwrócił uwagę Zakuro – obraża się na każdą nowinkę z zachodu, a popija sobie lemoniadę.
+ Rozśmieszyło mnie, gdy w pewnym momencie, podczas wchodzenia do domu, nie było widać głowy Rikena. Dobre wykorzystanie tego, że jest wysoki. Równie dobrze można by było o tym zapomnieć, a tutaj miła niespodzianka.
+ No i szkice na końcu tomu. Uwielbiam takie rzeczy.

Tom drugi:

– Od początku zbyt mocna i przesadzona ekspresja bohaterów.
– W rozdziale 14 błąd wydawnictwa: postać mówi „Dymek po lewej”. Trochę nieprofesjonalne, prawda?
– W oczy rzuciła mi się też zbytnie spoufalanie się służącej z paniczem Keiem. Rozumiem, że jest w nim zakochana, ale powinna zachowywać się jak służba i znać swoje miejsce. Nie powinna się tak odzywać (str. 124).
+ Słodki dodatek na końcu tomu
+ Tajemniczość matki. Tego właśnie brakuje w tej mandze. Ciekawego charakteru, który nie zostaje wyłożony od razu na tacy. Szkoda tylko, że matka to postać poboczna i epizodyczna…

Tom trzeci:

– W końcu dzieje się coś poważniejszego. Bohaterowie zostają porwani, uśpieni i przewiezieni gdzieś do piwnicy. Nie wiedzą, kto ich porwał, dlaczego, gdzie są i czy ktoś ich szuka. Ale nie przeszkadza im to, w spokojnym podawaniu swoich imion, gdy porywacz o nie pyta. Głupota.

  • Gosia Zaręba

    Nie znam tego, już dawno nie oglądałam tego typu bajek 😉