Dimension W #1-6 – recenzja mangi.

recenzja mangi leniwiec

Dimension W

Rewolucja. Pewnemu doktorowi udało się odkryć trzeci wymiar, nazwany wymiarem „W”. Szybko okazało się, że jest to nieskończone źródło czystej energii. Do jej pozyskiwania wykorzystuje się specjalne ogniwa, a także wieże tesli.

Nie trzeba było długo czekać, aż ogniwa staną się popularne i wyprą baterie, akumulatory, benzynę i wszystkie inne paliwa. Ciężko znaleźć urządzenie, które nie pozyskuje energii z trzeciego wymiaru. Niestety, czasem może to prowadzić do ogromnych katastrof… Szczególnie gdy pojawia się coraz więcej nielegalnych ogniw – znacznie potężniejszych, ale także bardziej niebezpiecznych.

Aby temu zapobiec, powstały specjalne organizacje, które zatrudniają zbieraczy. Mają oni za zadanie odnajdywanie i zbieranie nielegalnych ogniw, za które potem dostają wypłatę. Jednym z nich jest Kyouma Mabuchi. Z pozoru zwykły mieszkaniec Japonii, aczkolwiek jego płaszcz skrywa setki ostrych jak brzytwa igieł, a sam jest świetnie przeszkolony w walce. Przy okazji nie cierpi ogniw i kompletnie z nich nie korzysta. Nawet telefon ma na starą baterie.

Pewnego dnia na drodze staje mu android imieniem Mira. Twierdzi, że jest córką wcześniej wspomnianego doktora. Ale kto by wierzył robotom? Zdecydowanie nie Mabuchi. Wybuch. Słup światła. Wszystkie ogniwa nagle przestają działać. Czy to sprawa rządu? No i zostaje jeszcze ten dziwny, bardzo ludzki android, odcięty od zasilania.

Dalej jest tylko gorzej. Na drodze staje mu znany przestępca, który – jak twierdzą media – jeszcze nigdy nic nie ukradł. Ale też nigdy nie został złapany. Szybko okazuje się też, że istnieją inne, potężniejsze i co gorsza legalne ogniwa. Wychodzą na jaw stare tragedie, tuszowane przez New Tesla Energy, a w najbliższej przyszłości spodziewać możemy się wielkiego spisku.

No i co z przeszłością Mabuchiego? Dlaczego tak nienawidzi ogniw? Czemu ma nadludzką siłę i sprawność? Pytania, setki pytań…

Mabuchi

Jak będzie wyglądać przyszłość?

Manga „Dimension W” pokazuje nam świat, naszą Ziemie, za około 70 lat. Podczas lektury towarzyszyła mi z tyłu głowy wizja świata z „Psycho-Pass”. Wizja bardzo podobna, a zarazem różna. W Dimension, mamy pokazaną rzeczywistość pod kontrolą jednej organizacji – NTE – która monitoruje wszystkie legalne ogniwa. Ciężko w ogóle o jakiekolwiek urządzenie bez ogniwa. A jednak wizja jest optymistyczna. Nie czuć przytłoczenie systemem, pewnego zaszczucia, które towarzyszyło nam w mandze Psycho-pass. Oczywiście, fabuła nie jest usłana kwiatkami.

Spotykamy postacie, które garściami czerpią z tego, co daje im wymiar „W”. Ale kurde, kto by nie brał, jeżeli coś jest nieskończone? Fabuła bardzo przypadła mi do gustu. Z początku może wydawać się lekko przewidywalna – wydaje mi się, że w pierwszych tomach brakuje głębi, jakby autor nie był do końca pewny swojego dzieła – i niezbyt skomplikowana. Akcja jednak zaczyna nabierać tempa od drugiego tomu. Wyraźnie bardziej czerpie z samej idei – która, bądź co bądź, jest bardzo dobra.

Pojawiają się kolejne postacie. Wspomniany wcześniej złodziej o przydomku Loser, który nie dość, że wygląda kozacko, to do tego jest kozakiem. Designe, w porównaniu do znanych nam postaci, jest poziom wyżej.

Co nie znaczy, że inne postacie są kiepskie.

Główny bohater wypada tutaj chyba najgorzej. Z jednej strony jego tajemniczą przeszłość, mamy w głowie pytanie: nie lubi ogniw, więc czemu z nimi pracuje? Mamy w końcu wiadomość, że był jedną z dwóch osób, które przeżyły katastrofę na pewnej wyspie. Z drugiej jest strasznym dupkiem. Mimo iż w drugim tomie czytelnik widzi, że jednak jest w nim cząstka dobra, to w kolejnych dalej jest wredny i niemiły w sumie dla każdego. Nie wiem na przestrzeni jakiego czasu dzieje się historia od pierwszego do szóstego tomu, ale brakuje trochę progresu głównego bohatera.

Mira jest androidem, zupełnie innym niż pozostałe. Cały jej „środek” był stworzony tak, aby najbardziej przypominał ten ludzki. Tak więc mogę ocenić jedynie jej emocje i reakcje: a tutaj jest sinusoida. Raz jest bardzo ludzka, aby kilka kadrów dalej znowu brakowało jej choćby odrobiny zawziętości. Mocno średnio, o niej zapomnę najprędzej.

Generalnie manga do szóstego tomu rządzi się bardzo prostą zasadą: gdy ktoś wygląda jak dupek, to znaczy, że jest dupkiem. Tak było w przypadku Mabuchiego, tak samo było w przypadku księcia z piątego tomu. Trochę lipa.

dimension w okładka

Kreska z kilku wymiarów.

Manga powstała raptem sześć lat temu. To wcale nie tak dawno, co możemy zaobserwować po rysunkach. Nie są przestarzałe, ba, są bardzo ładne. Styl łączy w sobie rysunki, że tak powiem „nowoczesne”, dopracowane i szczegółowe, ze zbliżeniami i okienkami, które wyglądają jak wyjęte z mangi sprzed dekady.

Gdyby przeważały te drugie – uznałbym to za swojego rodzaju minus, ale całość na szczęście jest dobrze zbalansowana. Moim zdaniem najlepiej wychodzą autorowi duże panele, na których widnieje multum szczegółów, dużo akcji i chaos. Zapomina jednak, że takiego efektu nie będzie na kadrach małych, wtedy ten chaos zamienia się po prostu w niewyraźny, ściśnięty obraz. Najbardziej widać to było chyba w trzecim tomie, na samym początku, gdy bohaterowie wysiedli z auta na środku drogi, padał deszcze, a rzut był z góry.

Wszedłem specjalnie na My Anime List, aby sprawdzić kilka informacji. Rok wydania, oryginalny tytuł – w tym przypadku japoński, angielski i polski są identyczne – a także autora. Zaciekawiło mnie, że w podobnych mangach widniał „Darker than Black: Kuro no Keiyakusha”. Sam na to nie wpadłem, ale te mangi mają bardzo podobny klimat – z tym, że druga zdecydowanie cięższy, pokuszę się o stwierdzenie, że cięższy nawet od Psycho-pass.

Wielkim zaskoczeniem było dla mnie, że Yuji Iwahara jest autorem obu tych mang! To jest: „Dimension W” oraz „Darker than Black”. Teraz rozumiem te podobieństwa, których jednak ciężko się pozbyć między kolejnymi tytułami.

No i one były jego najlepszymi, a przynajmniej najbardziej popularnymi. Ludzie też pisali, że film na podstawie jego historii „Ibara no Ou” (Ang. King of Thorn) jest bardzo solidną pozycją. Kiedyś obejrzę, chociaż ma już 8 lat.

kreska

Zbieracz plusów.

Powiem wam szczerze: ta manga, po lekturze sześciu tomów, weszła do nielicznego grona moich ulubionych. Serio. Ciężko było mi się oderwać od lektury – a do tej pory miałem tak tylko z książkami. Jest całkiem sporo tekstu, więc i czytanie nie idzie tak szybko. Ale też nie przytłacza jak przy Bakumanie.

Zdecydowanie tomy trzeci i czwarty należą do moich faworytów. Wydaje mi się, że to najlepsze wykorzystanie idei ogniw i trzeciego wymiaru w tej mandze. Mimo że kolejne intrygi robią się coraz bardziej pompatyczne, tak horror nad jeziorem Yasogami wyszedł świetnie. Był taki, jaki powinien być horror: bez zbędnym jumpscarów, (ciężko byłoby je zrobić w mandze Leniwcu), ale z rosnącym napięciem i poczuciem bezradności, które kumulują się na samym końcu.

Wyszłoby to dużo lepiej, gdyby Waneko zdecydowało się na inny font w tych tomach: bo zamiast niepokoić, jedynie powoduje, że czytelnik się rozprasza i patrzy na dialogi z politowaniem. Ale to nie wina mangi.

Jak już jesteśmy przy polskim wydaniu. Odpowiada za nie wydawnictwo Waneko, od którego zresztą dostałem egzemplarze do recenzji. Manga jest publikowana w cyklu dwumiesięcznym, ostatnio chyba nawet wyszedł tom siódmy. Manga cały czas jest publikowana, na razie powstało dziewięć tomów. Nie zauważyłem też przesuniętych wypowiedzi w dymkach, które w poprzednich mangach występowały dość często. To na plus.

Leniwiec znowu poleca.

Ja naprawdę chciałbym trafić na tytuł, który będę mógł zjechać i odradzić kupno. Naprawdę.

Niestety – albo i stety – „Dimension W” nie jest taką mangą. A jaką jest? Zdecydowanie wciągającą, bo połknąłem sześć tomów w mniej niż tydzień (tylko napisać recenzji nie było kiedy). Kolejny raz pochwalę historię, bo jest naprawdę świetna. Chociaż tak jak wspominałem – od piątego/szóstego tomu robi się pompatyczna i pomimo tego, że taka miała być, ja bym jednak chciał poczytać o mniejszych przygodach Mabuchiego z ogniwami. A najlepiej, gdyby było więcej horroru.

Plusem też na pewno jest wielowątkowość. Każdy bohater coś za sobą kryje, każdy realizuje swoje własne plany, często krzyżując je z planami innych. Czasem postacie nie są tymi, za których się podają lub za których my ich mamy. Czasem są mroczni, przerażający, aby chwile później kupić nas błyskotliwą, spokojną myślą lub właśnie opanowaniem.

Z błędów może jedynie ta przewidywalność, chociaż wcale nie taka mocna jak przy romansach.

Dziękuję Waneko za egzemplarze do recenzji, a także użyczenie zdjęć. Tyle ode mnie, pozostawiam Was z tekstem oraz własnymi przemyśleniami, które najlepiej wyrazić w komentarzach poniżej.

No i nie zapomnijcie polajkować profilu Leniwca na Facebooku, aby nie przegapić żadnego nowego tekstu!

wydawnictwo