Facebook

Moje córki krowy – Kinga Dębska – Recenzja

recenzja książki

Moje córki krowy.

W ręce wpadła mi książka Kingi Dębskiej, pierwowzór filmu, który całkiem miło wspominam. No i jak się okazało, coś zupełnie na innym poziomie. „Moje córki krowy” miały za zadanie pokazać czytelnikowi, na pierwszy rzut oka proste i przyziemne, życie dwóch sióstr: Marty oraz Kasi. Z pewnymi zawirowaniami, bo zwykła codzienność byłaby nudna. Tytułowe córki krowy zostają rzucone w wir rodzinnych, „dostępnych” dla każdego, tragedii. Mama umiera. Niby jeszcze żyje, ale jak warzywo. Z ojcem wcale nie jest łatwiej, również choruje i przez to staje się jeszcze bardziej trudny i nieznośny niż wcześniej. 

Z dnia na dzień Marta i Kasia muszą przestawić się na nowy tryb życia, na nowe problemy, na nowe doświadczenia. W dwójkę byłoby nawet łatwiej, zawsze można się wzajemnie wspierać. Byłoby łatwiej, ale obie kobiety żyją od dziecka w kłótni. Otwarcie mówią, że się nienawidzą. 

Co wtedy zrobić? Pogodzić się? W kilka dnia zapomnieć o blisko 40 latach sprzeczek? Mama znika z życia, kto zajmie się ojcem? On też niedługo zniknie, więc na kogo przypadnie dom? No i zostają jeszcze problemy codziennego dnia, które przy takiej tragedii powinny odejść w zapomnienie. Niestety, tylko się potęgują i jeszcze bardziej przytłaczają.

Dramat dwóch serc.

W książce zobaczymy całkiem ciekawy zabieg, mianowicie: narracja jest podzielona na dwie postacie, Martę i Kasię. W formie pamiętnika przeplatają się ze sobą spostrzeżenia, oczywiście w pierwszej osobie, obydwu pań. Dzięki temu czytamy te same wydarzenia, ale postrzegane na zupełnie inny sposób. Marta narzeka, że Kasia płacze i to ją denerwuje. A kilka stron dalej mamy „widok” z głowy Kasi i wtedy dowiadujemy się, że ona po prostu sobie z tym nie radzi. Na dodatek dzięki takiemu podziałowi można dostrzec znaczne różnice między charakterami obu kobiet. A także odbiegające mocno od siebie reakcje na wcześniej wspomniane tragedie. Możemy wejść w ich głowy i się z nimi zżyć. To jest zdecydowanie największy plus narracji pierwszoosobowej.

Ale byłoby zbyt dobrze, gdyby wszystko układało się tak kolorowo, jak powinno. Na początku jest super – perspektywy zmieniają się całkiem płynnie, każda zawiera trochę informacji, których nie było w poprzedniej. Im dalej w las, w tym przypadku w książkę, tym ciemniej i gorzej. 

Taki sposób przedstawiania fabuły to pewne ryzyko. Może wyjść świetnie – tak jak na początku książki Dębskiej, ale można też to łatwo spieprzyć. Tak jak od połowy książki Dębskiej. Szybko przekonujemy się, że to jednak Marta jest tą najgłówniejszą postacią. Balans opowieści przegina się w jej stronę: jest jej znacznie więcej, opowiada więcej rzeczy, które układają się tak, jak ona chce. Ponadto, wydaje mi się, że to właśnie tę siostrę najbardziej autorka polubiła i na nią miała główny pomysł. To jej życie prywatne poznajemy bardziej i świat wygląda tak, jak ona napiszę. To mogło zabrzmieć głupio, ale ma sens, trust me. Kasia odchodzi gdzieś na drugi plan, a jej sceny to już tylko zaznaczenie, że Marta znowu się o coś przyczepia, że musi się napić i że jej smutno. Nudy.

Nie pomaga też fakt, że im bliżej końca, tym książka jest coraz bardziej przegadana. Albo jakieś niepotrzebne elementy, które miały chyba rozciągnąć i tak cieniutką książkę (254 strony), albo powtarzanie tych samych wydarzeń. W takim sensie, że postacie po prostu powtarzają po sobie to samo. A zamiast tego można by było dodać jakieś ciekawostki z życia Kasi, bo tych było za mało. Reasumując: im bliżej końca, tym książka coraz bardziej wieje nudą.

Cipy wołowe.

A gdzieś tam w tle przewija się jeszcze inni członkowie rodzin. Najwięcej naczytamy się o mamie i tacie. Nic dziwnego, oni są sprawcami dramatu, a raczej choroby, na które przyszło im zachorować. Dowiadujemy się trochę o ich życiu, chociaż znowu wchodzi to przegadanie: milion razy czytamy, że mama była taką ładną kobietą. Rozumiem, że to miało pokazać, jak posuwa się w chorobie, ale nijak nie spełniło swojego zadania. Z tatą jest ciekawiej, bo możemy sami obserwować, jaki staje się nieznośny, jak wpływa na niego stan zdrowia żony i jego własny. Mamy zmianę jego charakteru oraz zachowania. Koniec końców nie jestem lekarzem, nie mogę powiedzieć czy tak zachowuje się ktoś z glejakiem mózgu, czy autorka wyssała to sobie z palca. Ale zakładam, że tak właśnie wygląda rzeczywistość z tym nowotworem. Postać ojca przypadła mi do gustu.

Dochodzą jeszcze dzieci oby pań. Oboje niestety dość płytcy, chociaż ciężko nadać głębi postaci, gdy nie jest ona autorem wypowiedzi. Ot, mankament narracji pierwszoosobowej. Córka Marty nie rozmawia ze swoją mamą. Albo inaczej – nie mają bardzo bliskich relacji. Bo gdy coś trzeba jednej lub drugiej, dzwonią do siebie lub po prostu gadają. Kasia ma syna. Typowy nastolatek w okresie dojrzewania, chociaż uważam, że takie opis są strasznie naciągane. A no i handluje ziołem. Tyle z jego plusów. 

recenzja leniwiec

Czytać każdy może.

Sama w sobie książka nie jest pozycją trudną. Tematyka, chociaż zdecydowanie niewesoła, nie wyśle was do psychologa. A słownictwo używane przez obie kobiety, jak i sam warsztat, którym posługuje się autorka, nie sprawiał problemów. Jest raczej prosty, ale nie mylić z prostackim. Jest naturalny. To będzie odpowiednie słowo.

Poza tym to jest książka na tydzień, może krócej. Nawet te nudniejsze elementy nie uprzykrzają za bardzo czytania, jedynie lekko je spowalniają. Przez kolejne kartki leciałem pędem, a momentami ciężko było mi przerwać czytanie. Nawet mimo późnej pory. Nietrudno też utożsamić się z jakąś postacią. Mi przyszło te nieszczęście, że chyba trochę bliżej było mi do tej pominiętej Kasi, mimo że jakoś wiele nas nie łączy. Ona wydała się być bardziej ludzka i taka… jak osoba, którą można spotkać na ulicy.

Jeżeli oglądaliście film – serdecznie polecam przeczytać „Moje córki krowy”. Książka w tym przypadku wypada znacznie lepiej, ale nie można się temu dziwić. Jestem pewny, że ciężko byłoby pokazać w filmie wszystkie przemyślenia bohaterek – a na nich opiera się to dzieło – i przy okazji nie zanudzić na śmierć widzów. Chociaż muszę przyznać, że produkcja kinowa wycięła sporo tych przydługich monologów, co również wyszło na dobre. 

Mój bloger leniwiec.

Jak zawsze na koniec zadaję sobie pytanie: czy mogę to polecić? Odpowiedź w większości przypadków jest pozytywna, bo sam mam jakieś szczęście i po złe pozycje nie sięgam. 

Niestety, „Moje córki krowy” nie będą wyjątkiem i je także wam polecę. Uważam, że to dobra książka. Idealnie nadająca się na przerwę między innymi tytułami, ale nie w formie zapychacza, co raczej miłej odskoczni. Poza tym – książka polskiej autorki, co też na plus. Osobiście bawiłem się bardzo dobrze przy lekturze. Boli jednak ta nudniejsza część książki, a także moim zdaniem spieprzone zakończenie wątku nienawiści między siostrami. Nie wydaje się to realne, chociaż ludzie są różni. Ja to odebrałem jako szybkie zamknięcie wątku, aby domknąć już książkę.

Niemniej, musicie sami zdecydować – jeżeli spodobał wam się film, śmiało sięgajcie po książkę. Jeżeli nie mieliście żadnego kontaktu ani z wersją filmową, ani książkową, to wydaje mi się, że lepiej by było zacząć właśnie od filmu. Jeżeli uznacie, że to nie wasza bajka, to nie widzę sensu sięgania po pierwowzór. 

Tyle ode mnie, przepraszam za opóźnienia – znowu, karwasz – i mam nadzieję, że się nie gniewacie ;D

 

  • Jarek Cieśla

    O tej książce nie słyszałem, może kiedyś zrobią film. Fajna recenzja pozdrawiam.

%d bloggers like this: