Sweet Guilty Love Bites #1 – recenzja mangi

recenzja

Sweet Guilty

Polski rynek nie obfituje w mangi yuri. Mamy ich zaledwie kilka, z czego dwie od tego samego wydawnictwa. „Sweet Guilty Love Bites” jest jedną z tych pozycji.
Ten króciutki tomik przybliża nam życiu uczuciowe i seksualne czterech tokijskich hostess: Kirie, Niiny, Kokoro oraz Kurey. I tak jedna przygarnia do domu dziewczynę, która aż za bardzo zachowaniem przypomina kota, druga ma romans z przedszkolanką swojej córki, a pozostałe dwie nie radzą sobie se swoimi emocjami. Wszystko to ubarwione nocną pracą w klubie, alkoholem i klientami.

Oj chciałoby się dopisać jeszcze trochę rzeczy do wstępu, ale już teraz jest lekko naciągany.

Bo w zasadzie nie mam co napisać o fabulę. W niecałych czterdziestu stronach autorka wcisnęła łącznie siedem postaci. Co jeszcze podzieliła na trzy osobne historie. Wątki są krótkie, płytkie i raz nawet miałem problem, w którym momencie się kończą. Napis „End” na samym końcu to jednak trochę za mało. Musiałem się cofać i sprawdzać, bo między początkiem drugiej historii, a końcem pierwszej jest malutka różnica – bardzo łatwo pomylić postacie.

Guilty Love

Zdecydowanie najbardziej mandze zaszkodziłą jej długość. W ogóle zastanawia mnie, czemu to zostało wydane. Przecież postacie są płaskie jak kolejne strony tej mangi. Chociaż im dalej czytamy, tym więcej pojawia się uczuć bohaterek. Pierwsza historia jest kompletnie nierealna, bardziej przypomina mokre sny autorki, niż porządnie wymyśloną fabułę. Kobieta przyjmuje do domu kompletnie obcą dziewczynę, którą znajduje śpiącą na jakiejś uliczce… Aby następnego dnia już się jej oddać – chociaż bardziej by tu pasowało, aby następnego dnia zostać wykorzystana? Niemniej, kilka stron później ma o to wyrzuty sumienia. Że kocha się z dziewczyną, której praktycznie nie zna. Szkoda tylko, że te kilka stron to bliżej nieokreślony czas, stawiałbym na jakiś, plus minus, miesiąc. Na pewno nie dzieje się to z dnia na dzień.

Druga historia wypada chyba najlepiej. Łączy w odpowiedni sposób – nawet mimo brakującego miejsca – sfery emocjonalne i seksualne. Poza tym bohaterka nie jest taka głupia i wyrwana z dupy jak w tej pierwszej. Rozumie, co robi, czuje się zażenowana, gdy poznaje, kim jest jej jedno-nocna kochanka. A jednak w kilka dni/tygodni Niina i jej kochanka budują relację, na którą potrzeba dużo więcej czasu. Bo autorka chyba pomyliła zauroczenie z miłością. Przedstawiła nam miłość od pierwszego wejrzenia z zachowaniami typowymi dla zauroczenia; jedna z bohaterek używa zbyt mocnych słów.
Trzecia jest przegadana. Jakby ktoś chciał zobaczyć, w jaki sposób można popsuć sobie fabułę, powinien zapoznać się z pierwszą i trzecią częścią. Chociaż gdy pierwszą ratuje trochę końcówka, tak tutaj jest nuda, nuda i nuda. No i jedna scena seksu.

manga

Widzicie, bo to manga yuri, która balansuje na granicy między normalną mangą a hentaiem.

Oczywiście, bohaterki sobie nie folgują. Kochają się w każdej historii, chociaż z różnym natężeniem. Dlatego wspomniałem, że w trzeciej części jest w sumie tylko jedna scena seksu. Ale żeby ktoś się nie zniechęcił: nie zobaczymy tam nic pikantnego, nie ma tam pornola. W miejscach, gdy coś powinno być, autorka zastosowała po prostu białe tło, a na nim specyficznie ułożone palce lub zaznaczyła ich ruch. Zdecydowanie pomagają też onomatopeje. Jak ktoś liczył na coś pikantniejszego no to cóż, nie ma tutaj czego szukać.

Love Bites

O ile wszelkie dialogi nie wypadają źle, są raczej neutralne, – czytaj: nic ciekawego, ale tragedii też nie ma, wszystkie postacie w zasadzie mają ten sam język – tak rysunki, no, nie zachwycają. Są raczej biedne niż przyciągające wzrok. Modele postaci kojarzą mi się z jakimiś rysowanymi przez dwunastolatkę, serio, popatrzcie na to i powiedzcie, czy to nie wygląda jak jakiś fanart Movie Star Planet. Myślałem, że to tylko okładka, ale szybko przekonałem się, że później wcale nie jest lepiej. Chociaż pierwsza strona, zaraz po otwarciu tomiku, wygląda bardzo, bardzo zachęcająco. Ani postaci, ani tła, ani ekspresja, tak jak mówiłem, nie zachwycają. Czasem jednak zdarzają się przebłyski dobrej mangi i niektóre panele wypadają całkiem nieźle.

Sceny seksu… Gdy widać tylko poszczególne elementy ciała, są dobre, nic poza tym. Ale gdy na plan wchodzą obie bohaterki – bo nie uświadczymy tutaj trójkątów ani żadnych innych udziwnień – wyglądają pokracznie i koślawo. Najlepiej moim zdaniem wyszedł ostatni panel z drugiej historii. Reszta jest taka… Mehh.

Z czystym sercem chciałbym powiedzieć, że kreska jest brzydka, bo cholera, jest. A jednak te pojedyncze sceny, w których manga wygląda naprawdę ładnie, każą mi wierzyć, że to po prostu… Brak doświadczenia? Chociaż Shunintna Amano stworzyła sporo mang z gatunku yuri, więc może się trochę z tym osądem pospieszyłem. Co nie zmienia faktu, że ogólnie kreska nie cieszy oka.

Tutaj taka ciekawostka: „Sweet Guilty Love Bites” na My Anime List ma ocenę 7.49, gdzie w recenzjach ktoś dał jej 10/10. Oto dowód, dlaczego nie ma sensu patrzeć na takie strony – a przynajmniej nie sugerować się ocenami z nich. Bo taki ranking jest zdecydowanie nieadekwatny do poziomu tej mangi. Trochę smutne. I jeszcze ktoś napisał: „Very nice art with detailed looking models” no śmiech na sali.

leniwiec

Sweet Sloth Love Bites

Kolejna manga yuri, kolejny zawód. Smutno mi z tego powodu, bo naprawdę miałem nadzieję na jakąś porządną mangę, która w ciekawy i nieprzewidywalny sposób pokazałaby miłość dwóch dziewczyn. Nie wiem, czy się dobrze sprzedała, chociaż zakładam, że tak – na rynku nie ma jakiegoś wyboru, więc czytelnicy biorą, co dają. Aczkolwiek nie sądzę, że kogoś zachwyciła. Mnie na pewno nie. Wręcz przeciwni, nikomu jej nie polecę. To już „Kwiat i Gwiazda” jest lepsza, chociaż tam nie ma żadnych scen seksu. Ale tutaj w sumie też.

Szkoda, że Waneko pokusiło się na wydanie akurat tej mangi. Nie wydaje mi się, aby na rynku nie było lepszych od tej. Tyle dobrego, że to jednotomówka… Ale tak czy siak, dzięki za egzemplarz recenzencki.

Mangę połknąłem na raz, zapomnę o niej za dwa tygodnie. Leniwiec się zwiódł.