Facebook

Bungou Stray Dogs – Bezpańscy literaci #1-4 – recenzja mangi

Bezpańscy literaci

Atsushi Nakajima niedawno został wyrzucony z sierocińca, pod pretekstem ograniczenia kosztów. Nieoficjalnie, dla bezpieczeństwa sierocińca, chociaż Atsushi kompletnie nic z tego nie rozumiał. Zresztą, teraz miał poważniejsze problemy: brak miejsca do spania, brak jakiegokolwiek znajomego czy rodziny… No i umierał z głodu. Dosłownie. Padł przy rzece w Jokohamie. Jak bezpański pies…

Plusk. Kamień? Coś wpadło do rzeki? Człowiek!

Cholernie potrzebował pieniędzy na jedzenie… A przecież samobójca, który właśnie skoczył z mostu, nie będzie już potrzebował portfela, prawda? Ostatnimi siłami wyłowił, jak się okazało, mężczyznę z rzeki. Potem było już tylko gorzej. Osamu Daizai, z zawodu niespełniony samobójca, wcale nie był specjalnie zadowolony z takiego rozwoju spraw – zresztą, kto by był? Ciągle ktoś ci uniemożliwia zabicie się, ciągle ktoś cię ratuje. Ehh, same problemy. Przy rozmowie wychodzi, że Daizai prazuje w pewnej organizacji. Jej zadaniem jest rozwiązywanie najbardziej brutalnych spraw, a także trudnych zleceń. Mowa tutaj o Zbrojnej Agencji Detektywistycznej. Zrzesza ona „Uzdolnionych” – ludzi, którzy potrafią posługiwać się nadnaturalnymi mocami. Aktualnie pracują nad sprawą pewnego morderczego tygrysa, który od kilku dni atakuje ludzi w mieście.

Co wspólnego może mieć z tym Atsushi? Widział już go kilka razy, ba, jest pewny, że ten tygrys ściga właśnie jego! Sprawy już teraz wydają się skomplikowane, a co, gdy swoje kości rzuci jeszcze mafia lub innego przestępcze organizacje?

Mickiewicz byłby dumny

Z Bungou Stray Dogs miałem już kontakt wcześniej, zanim dostałem mangę. Jednak wypadł on w bardzo nieodpowiednim czasie: kompletnie wtedy odciąłem się od anime, żadna seria mnie nie wciągnęła i ogólnie nic nie oglądałem. Bezpańscy literaci dostali rykoszetem mojego zachowania, bo nie udało mi się przebrnąć przez pierwszy odcinek. Głupi mi z tego powodu, bo przekreśliłem tym samym bardzo porządny tytuł, od bardzo porządnego studia.

Niemniej, Waneko w styczniu tego roku postanowiło przybliżyć mangę autorstwa dwóch kobiet: Kafka Asagiri, która odpowiadała za scenariusz oraz fabułę, a także Sango Harukawa, której przypadło rysowanie. Jest to ich debiutanckie dzieło, więc trochę zdziwiła mnie informacja o polskim wydaniu. Chociaż to już mówi samo za siebie, jeżeli pierwsza manga już opuszcza granice rynku japońskiego. Szczęście? Zdecydowanie nie. Zasłużony rozgłos, bo to konkretny tytuł. Ale o tym zaraz. Manga wychodzi w standardowym, dwumiesięcznym cyklu – a za dwa tygodnie wychodzi piąty tom.

Bungou Stray Dogs

Fabuła opowiada nam o wcześniej wspomnianej organizacji oraz jej członkach, z pozoru zwykłych, trochę nudnych, chociaż ewidentnie innych niż przechodnie.

Brzmi znajomo, prawda? Mam jakieś ciągotki do takich tytułów lub ten motyw jest zdecydowanie za mocno eksploatowany. Mianowicie chodzi mi o właśnie te instytucje – mamy je w Psycho-pass, była w Dimension W, pojawiła się nawet w Zakuro. W omawianym tytule jednoczy ona uzdolnionych – znowu – detektywów – znowu – do rozwiązywania trudnych lub związanych z nadnaturalną mocą spraw – znowu.  Do tego dochodzi jeszcze idea nadnaturalnych mocy, co też nie jest niczym specjalnie nowym. Warto to wszystko powiedzieć, bo to są jednak schematy, których się używa (kiedyś o schematach pisałem), ale koniec końców – to nijak nie przeszkadza w odbiorze serii. Takie wybrała sobie ramy, najważniejsze, aby szczegóły przyciągały.

Nie dostajemy nudnych zapychaczy, also know as jakieś początkowe, proste zadania wyrwane z kontekstu fabularnego, coby odpowiednio wprowadzić bohaterów. Szybko dostajemy rozwiązanie problemu, który występuje na początku tomu – sprawa tygrysa zostaje praktycznie zamknięta… A jednak nie do końca. Dowiadujemy się, że tygrysem interesuje się portowa mafia, przed którą trzęsie portkami całe miasto. A szczególnie przed jednym z jej członków i… poznajemy go już w pierwszym tomie! Nie musimy czekać, jak na zbawienie. Niemniej, Atsushi staje się jednym z członków Zbrojnej Agencji Detektywistycznej, a wraz z fabułą poznaje on moce i zachowanie innych członków.

Sama w sobie główna postać nie jest zła. W przeciwieństwie do innych tytułów, które ostatnio czytałem, nie jest nijaki, czasem powie coś ciekawego. Śmieszyło mnie jego zachowanie, na przykład, już w pierwszym tomie, gdy próbuje uciec od rozmowy o tygrysie. A spotyka go szybki chwyt i spotkanie trzeciego stopnia z podłogą. Widać, że nie jest specjalnie odważny i dalej nie próbuje nawet takiego udawać. Wydaje mi się jednak, że jego charakter bardziej pasowałby do postaci drugoplanowej. Jest lekko „za blady” przez co zostaje lekko stłumiony przez ekscentryczność Daizaia. Pomijam już całkowicie fakt, że jego moc, w porównaniu do innych jest… słaba. Albo inaczej: nie jest taka zjawiskowa i nie urywa dupy.

Dziwne towarzystwo

Daizai jest specyficznym bohaterem. Sama jego mania samobójstwa – chociaż momentami kompletnie zbędnie wtrącana – przyciąga i zastanawia. Nie musimy długo czekać, aby poznać jego przeszłość, która może zszokować. Nie bez powodu zakłada się z każdym, o to, czy ktoś odgadnie czym się kiedyś zajmował. Pod tą maską „głupoty” czai się genialny umysł. No i jego, zdecydowanie za silna, moc negowania każdej innej mocy.

Z innych członków agencji na pierwsze tory wysuwają się zdecydowanie Kunikida Doppo oraz Edogawa Ranpo. Pierwszego z nich poznajemy już na początku mangi, wydaje się być nazbyt poważny, sztywny, przestrzegać wszystkich zasad i mieć zaplanowane całe życie. Szczególnie doświadczymy tej ostatniej rzeczy, która jest związana z jego notatnikiem. Kunikida nie rozstaje się z nim ani na moment – i nic dziwnego, dzięki niemu może wykorzystywać swoją umiejętność: wszystko co zapisze na kartce, staje się rzeczywiste. Niestety, może ona tworzyć tylko rzeczy nie większe niż notatnik, co bardzo ogranicza jej potencjał. A szkoda…

Edogawa Ranpo to z kolei genialny detektyw. Zdaje sobie sprawę ze swojego geniuszu i nawet tego nie skrywa. Jest przeświadczony, że posiada moc, którą nazywa „Super dedukcja”. Chociaż tak naprawdę nie posiada żadnej specjalnej umiejętności i po prostu jest cholernie bystry. Może rozwiązać każdą sprawę, każde morderstwo – nawet takie bez sensownych poszlak.

Ale dość już o dobrych bohaterach, bo ci źli zawsze są ciekawsi. 

Oczywiście, wrogiem bohaterów jest cała mafia portowa. Ale mafia to ludzie, między innymi Ryunosuke Akutagawa. Zdecydowanie jednego z najsilniejszych jej członków poznajemy już w pierwszym tomie. Powiem wam: wow. Uwielbiam tak wykreowane postacie. Strasznie kojarzy mi się z Itachim z Naruto, ale nie jest aż tak bystry i szybko daje się ponieść emocjom. Co nie zmienia faktu, że od samego jego stylu bycia, bije „kozackośc”. No i jego moc: Brama demonów, która pozwala uwolnić z jego płaszcza… demona! Kto by się spodziewał, prawda? 

Kreska nie zawodzi

Do takiego pomysłu na fabułę, na pewno przydałaby się równie dobra kreska.

No i jest! Manga została wydana raptem cztery lata temu, więc rysunki dalej bardzo cieszą oko. Dawno już nie spotkałem się z kreską, która tak idealnie pasowałaby do klimatu całej serii. Styl rysowania Harukawy jest specyficzny: ostre, kanciaste postacie, ale dalej szczegółowe i ładne. To jakby połączyć idealną shounenową kreskę z lekkością i pewną delikatnością z mang shoujo. Nic w tym dziwnego, ewidentnie czuć tutaj kobiecą rękę.

Tła również nie wypadają źle, chociaż nie są one głównym elementem. Za to autorka świetnie wykorzystuje różne kadry, pokazując postacie z różnych stron i płynnie przechodząc między kolejnymi prostokątami. 

Jako, że to manga „do chłopców” jest w niej sporo akcji, a tym samym sporo ruchu. W tym przypadku manga również nie odstaję, chociaż trzeba zaznaczyć fakt: w pewnym momentach, gdy się dużo dzieje i dochodzą jeszcze onomatopeje, rysunki wydają się nie do końca przejrzyste. Pojawia się pewien chaos, ale sporadycznie i głównie na jeden/dwa kadry.

Słowacki też, ale jego nikt nie pytał

Widzicie, rzeczą, która wyróżnia ten tytuł od innych jest wykorzystanie pewnego niepozornego motywu. Podtytuł „bezpańscy literaci” nie wziął się tutaj znikąd i nie jest przypadkowy. 

Każda ważniejsza postać, która pojawia się w mandze, jest odpowiednikiem jakiegoś pisarza. Głównie mamy do czynienia ze starą, japońską literaturą i czołowe postacie odpowiadają właśnie nim. Mamy, prócz tych, o których wspomniałem wcześniej, na przykład Ichiou Higuichi czy Akiko Yosano. Im dalej w fabułę, tym poznajemy więcej literatów aż w końcu przewijają się nazwiska znane również u nas: Agatha Christie – za to ogromny plus ode mnie, uwielbima ją – a także Fidor Dostojweski czy Lucy Meud Montgomery.

Ale to nie byłoby nic specjalnego, ot, nadali imiona postaciom, które odpowiadają znanym pisarzom. Autorka posunęła się jednak o krok dalej: wszystkie moce mają swój odpowiednik w dziełach wyżej wspomnianych autorów! 

Od Leniwca słów kilka

Zanim przejdę do podsumowania, chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na kilka rzeczy odnośnie wydania.

Pojawia się już dość znany problem: przesunięcia tekstu. Tutaj jednak są częstym zjawiskiem, czasem nawet to przesunięcie w dymku jest bardzo wyraźne. Fajnie, gdyby Waneko w końcu coś z tym zrobiło, bo to denerwujący problem. Dzisiaj jednak chciałbym zwrócić uwagę na plusy wydania. Widzicie, mi nazwiska japońskich autorów, a także ataków postaci, kompletnie nic nie mówiły, a jestem zbyt leniwy, aby szukać ich w google. Wydawnictwo jednak rozwiązało problem lenistwa, dodając na koniec tomu kilka słów od tłumaczki, wyjaśniających całą tę otoczkę literacką. Świetny zabieg, dawno się już z nim nie spotkałem, ostatni raz parę lat temu, gdy kupowałem jeszcze mangę One Piece.  Duży plus.

Teraz z czystym sercem mogę przejść do znanej wam już formułki.

Czy Leniwiec poleca? No i znowu nie mogę zaprzeczyć. Muszę wam tę mangę polecić, bo zapewniła mi kilka godzin świetnej zabawy, ba, nawet śmiałem się na głos przy pewnych sytuacjach. Jako shounen wypada świetnie: postacie, walki, sama fabuła idealnie wpisuje się w ten gatunek. Nie brakuje w niej jednak też przemocy. Żeby nie było zbyt cukierkowo, autorki od czasu do czasu częstują nas rozbryzganą krwią czy niespodziewaną śmiercią. Nie ma też poczucia, że główni bohaterowie są nieśmiertelni… No dobra, jest. Moc regeneracji Atsushiego jest mocno z dupy. 

Aspekt komediowy też daje radę, chociaż może to nie zabrzmiało tak, jak powinno. Manga jest śmieszna wszelkim rodzajem humoru, żarty nie są jakieś wymuszone, a sytuacje naturalne i prawdziwe. 

Tak jak mówiłem, świetnie bawiłem się przy lekturze i z czystym sercem mogę ją polecić każdemu, nawet jeżeli ktoś nie jest fanem literatury. 

%d bloggers like this: