Facebook

Ciąg dalszy nastąpił: HoriMiya tomy 2-4 – Omówienie

HoriMyia recenzja

Recenzja po jednym tomie? Kto bogatemu zabroni?

Przyznam szczerze, że musiałem zrobić konkretny reaserch, w którym to przypominałem sobie cały pierwszy tom mangi HoriMiya, a także moją własną recenzję – która zresztą musiałem trochę poprawić. Też tak macie, że gdy czytacie jakiś swój stary tekst, to chcecie zapaść się pod ziemię? Bo ja tak.

Niemniej, wychwalałem tam HoriMiye pod niemalże niebiosa. Ale tylko po pierwszym tomie.

Dlatego właśnie na dzisiaj przygotowałem post o dalszej fabule, o dalszych losach bohaterów. Nie jestem jeszcze do końca pewny, jak to będzie wyglądać. Może okazać się kompletną klapą i wtedy będę musiał przemyśleć dokładnie, co powinno zostać zmienione. Bez zbędnego przedłużania, zaczynajmy.

W poprzednim odcinku:

Niemniej, naprawdę polecam wam HoriMiye – sam lubię mangi z gatunku „okruchy życia” (jak to tragicznie brzmi…) i przeczytałem ich już całkiem sporo. Z czystym sercem mogę zapewnić, że HoriMiya się na ich tle wyróżnia, w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest śmieszna, jest wciągająca, nie ma wolniejszych momentów, która mogłyby przynudzić czytelnika. Oczywiście, nie znam całokształtu tej serii, ale poznam na pewno.

 A w dzisiejszym: 

Powiem Wam szczerze, że ten opis jest trochę nieaktualny. Zacznijmy od tego, że lektura tej mangi mnie strasznie męczyła. A przynajmniej drugi i trzeci tom. Z jednej strony może być to wada tytułu – przecież to on mnie nie wciągnął, to HoriMiya nie dała od siebie nic ciekawego (przy czym zaznaczę dwie rzeczy: nic ciekawego jest trochę naciągane i ma to zastosowanie tylko w oparciu o mój gust). Patrząc jednak inaczej: wszystkie problemy wynikają z gatunku. Romanse po prostu przestały być dla mnie ciekawe. Ile razy można czytać ten sam, powtarzany ciągle motyw? Ile razy można przewidywać dalsze losy bohaterów i czytać dialogi, które nijak nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości? To po prostu po którymś razie przestaje fascynować. I wtedy pojawia się znużenie.

Dalej twierdzę, że HoriMiya jednak się wyróżnia. Uwielbiam ekspresje bohaterów, uwielbiam humor i niektóre zachowania. Ale po kolei. 

Pierwszy tom zostawił czytelnika na sam koniec szkolnej wycieczki. W drugim wracamy od razu do szkoły. Już na samym początku dowiadujemy się, że Hori pomaga w samorządzie – a w zasadzie wykonuje za nich papierkową robotę. Z tego wszystkiego wynika nieprzyjemna sytuacja, gdy nagle zawieruszają się jakieś kartki. W międzyczasie mamy okazję poznać samorząd szkolny, składający się z całych trzech osób. Szybko okazuje się, że papiery wcale tak nagle nie zginęły i jest za to odpowiedzialna jedna z dziewczyn – wina tymczasem spada na biedną Hori, która przecież wszystko dostarczyła. 

Wtedy wchodzi on, ubrany w szkolny mundurek.

Wjeżdża przewodniczącemu – który akurat jest zajęty opierdzielaniem Hori – z główki i pokazuje wszystkim „zgubione papiery”. Nie opowiem wam dokładnie, jak wpadły w jego ręce, tego musicie dowiedzieć się sami, kupując mangę.

HoriMyia manga

Było ciężko.

Jednak chciałbym zwrócić uwagę na tę sytuację: jest idiotyczna, prawda? Jest to zdecydowanie nieodpowiednia reakcja, a przy okazji zbyt naciągana, nierealistyczna. Ponadto bohater nie ponosi żadnych konsekwencji za tę – jakby nie patrzeć – napaść. Mógłbym to zrzucić na komedię w rubryce gatunki, ale nastrój scenki był poważny, więc ta opcja odpada. Gdyby coś podobnego występowało jednorazowo, to pewnie też bym to przemilczał. Ale w HoriMiya taka „nadinterpretacja” problemów jest dość częstym zjawiskiem. Często błahe problemy – z mojego punktu widzenia oczywiście – są wywyższane do rangi nierozwiązywalnych i z jakiegoś dziwnego powodu, któryś z bohaterów bierze winę na siebie. Nawet gdy nie ma żadnego logicznego połączenia z sytuacją. Tak na przykład było z deklaracjami w tomie drugim, z gulaszem w trzecim. 

Tak jak wspominałem we wstępie – ciężko było mi przebrnąć przez drugi i trzeci tom. Szczególnie przez drugi. Cały czas czułem, że stara się on być jakiś pompatyczny, wyniosły – gdy treść, która była w nim zawarta, wcale taka nie była. Żeby nie było, że ciągle marudzę – plusy będą na koniec.

A teraz: HoriMiya tom trzeci.

Tutaj mamy już do czynienia z wydarzeniami po pierwszym przełomowym momencie. Powinno się to uznać za spoiler, ale błagam, czy ktoś tego nie przewidział? Pod koniec drugiego tomu Miyamura wyznaje Hori miłość, chociaż nie robi tego w tradycyjny sposób. Raczej mówi i ucieka. Śledzimy teraz sytuację między dwojgiem bohaterów – i to moim zdaniem wypadło bardzo realnie. Jest pewne, ba, nawet spore zakłopotanie i napięta atmosfera między nimi. Nie ma jednak bezsensownych reakcji jak ucieczka przed rozmową – w sensie dosłownym. Raczej taki niezobowiązujący smalltalk lub po prostu wymiana grzeczności. 

Mamy też wskazany problem, a raczej zalążek romansu, między jednym z przyjaciół głównych bohaterów – który, uwaga, nie spodziewacie się tego: kocha się w Hori – a Skurą z samorządu szkolnego. Bardzo przewidywalny motyw, ale też wychodzi tutaj poziom mangi:. I to wcale nie poziom podłogi. Ale o tym potem, na razie tak Was zachęcam, abyście czytali do końca.

Kontynuując.

W poprzednim tomie mieliśmy pokazaną przeszłość Miyamury. Pokazano go jako smutnego, samotnego, ciągle nadąsanego chłopca. Padło też tam w zasadzie idealne określenie: człowiek-depresja. W zasadzie bardzo nie podobał mi się ten motyw. Przy zerowym wysiłku własnym, bohater miał pretensję, że inni mają go w dupie, a koniec końców trzymają się od niego z daleka. Gdy sam w zasadzie nigdy nie wyciągnął ręki, widzimy, że od dziecka jest tym „skreślonym”. Ja tylko przypominam, że najłatwiej jest szukać winy w innych – a ostatnimi czasy przekonuje się, że większość winy jest właśnie w nas samych. Po co jednak o tym wspominam, skoro mowa o kolejnym tomie?  Bo mamy tutaj następną retrospekcję. 

Poznajemy jedynego przyjaciela Miyamury, który jest jego kompletnym przeciwieństwem – a mi wydaje się jednym z ciekawszych bohaterów. Nie wiem nawet dlaczego, ale coś mi podpowiada, abym napisał tutaj: bo tryskał energią do życia. Bohaterowie spotykają go przypadkowo, nawiązuje się całkiem zabawny dialog – życiowe zakłopotanie, gdy spotyka się kogoś, o kim się chciało zapomnieć. Mimo że się raczej lubili, to jednak Miyamura chciał jak najszybciej urwać rozmowę.

Niemniej, w tych retrospekcjach dowiadujemy się, że Shindou – ten tajemniczy przyjaciel – zakumplował się z Miyamurą przez przypadek. Jednak jesteśmy też świadkiem rozmowy Shondou z jego starymi znajomymi, którym z jakiegoś powodu nie jest nowa znajomość ich kolegi. Znowu wychodzi, że Miyamura jest dziwny, co główny bohater tych retrospekcji skwitował: „Jak myślisz, czyja to wina, że jest taki ponury?”. Jego, w największym stopniu jego. Tym zamykam temat smutnej przeszłości Miyamury raz na zawsze. 

Im dalej od tomu pierwszego, tym lepiej.

Na sam koniec została nam jeszcze czwarta część historii. W niej udaje nam się poznać ojca Hori – z czego wynika multum zabawnych, serio, zabawnych sytuacji. Sądzę, że ten tom jest na razie najlepszym z tych, które przyszło mi już przeczytać. Dostajemy nowego bohatera, związaną z nim historię, pogłębienie charakteru postaci i przyklepany związek HoriMiya. Ale nie każdy musi się z tym zgadzać, nie każdy musi się tym cieszyć. Są osoby, które ten związek okropnie boli. 

Nie chce za dużo pisać o fabule, bo nie chce odbierać Wam przyjemności, której mi dostarczył. Zakończę więc na tym króciutkim opisie. 

HoriMyia waneko

Przejdźmy do rzeczy, które mi się podobały.

Dalej jestem fanem ekspresji bohaterów, a także ich reakcji na fakty, przed którymi często zostają postawieni – wykluczając te idiotyczne sytuacje. 

Przede wszystkim jednak ogromnym plusem jest warstwa humorystyczna tego dzieła. Na przykład, gdy Hori i Miyamura poszli razem po picie dla wszystkich znajomych. Pozostali – w tym chłopak, który się w Hori kocha – dość długo na nich czekali. Tylko i wyłącznie przez szereg niefortunnych zdarzeń. Co jednak widzimy? Gdy cała gromadka nabija się z zazdrosnego chłopaka, podsuwając mu tylko nowe pomysły, co to parka może robić, że tak długo nie wracają. Koniec końców wracają i wszystko wyjaśniają. Niemniej jednak, żarty z friendzonu jednego z bohaterów pojawiają się jeszcze kilka razy – no i to, kurcze, jest zabawne.

Chyba że weźmiemy pod uwagę scenę, gdy ten po prostu płacze z bezsilności w sprawie swoich uczuć – nie przed publiką, a w samotności. Nie sądziłem, że jeden kadr może być tak naładowany emocjami. 

Świetnie też wypadają poważniejsze sceny. Fabuła toczy się swoim zwykły, trochę już przejedzonym kołem, żeby ni stąd, ni zowąd kompletnie zmienić klimat na przytłaczająco poważny – co idealnie ukazują obrazki: gdy oczy tracą normalny blask i stają się okropnie zimne. Zupełnie tak samo, jak szczątkowe w takich momentach dialogi. Chyba to tak bardzo ciągnie mnie do tej mangi. Gdy między wierszami mamy ukryty dramat, który czasem po prostu wychodzi na światło dzienne – i nie jest w żaden sposób przegięty, czy też niedogięty. 

A wyjściem z takich scen jest żart bohaterów o swojej seksualności. Też życiowe… Wait, nic takiego nie napisałem.

Suma summarum

Doszliśmy do końca. Tak samo, jak skończyły się tomy, które dostałem od Waneko.

Co dalej z tą mangą? Będę czytać. Chociaż czasem jest to istna katorga i po raz n-ty muszę analizować identyczne relacje między bohaterami. Jednak nadzieja każe mi wierzyć, że im dalej w las, tym HoriMiya będzie stawała się coraz lepsza – ale i tutaj mogę się przejechać. Jedno jest pewne: rysunki dalej stoją na wysokim poziomie, a żarty śmieszą. Jeżeli przynajmniej to pozostanie do samego końca takie, jakie jest, to nie będę żałował poświęconego czasu.

Ale przeczytaliście tylko moją opinię. Ja chciałbym poznać waszą. Czytacie HoriMiye? Może planujecie kupić? A może właśnie taki post Was zachęci do sięgnięcia po ten tytuł? Napiszcie mi w komentarzach! No i wyczekujcie kolejnych postów w tym stylu, bo jeszcze kilka tomików od wydawnictwa dostałem. Do zobaczenia!

HoriMyia omówienie

  • Wampanella

    Polskiej wersji nadal nie mam. Zbyt dużo zaległości. 🙁 Czytałam skany do 6 tomu i manga bardzo mi się spodobała. „Patrząc jednak inaczej: wszystkie problemy wynikają z gatunku. Romanse po prostu przestały być dla mnie ciekawe. Ile razy można czytać ten sam, powtarzany ciągle motyw?” Zgadzam się. Właśnie dlaczego HoriMiya mi się spodobała. Wyróżnia się od innych romansów. Nie wiem gdzie ty widzisz te ciągle powtarzalne motywy. Owszem, że jakieś tutaj będą, bo w końcu jest to romans. Nie ma tutaj ciągle powtarzalnego motywu szarej myszki, w której zakochał się najbardziej popularny chłopak… Miłość też nie jest nagła, lecz zaczynają od poznania siebie.

    Nie zgadzam się z tobą, jeśli chodzi o przeszłość Miyamury. Aby przyciągać ludzi trzeba mieć coś w sobie i same starania nie wystarczą. Jak się z tym nie urodziłeś to tego nie ma. ¯_(ツ)_/¯

%d bloggers like this: