Hoozuki no Reitetsu – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Piekło to sielanka. Jakby nie patrzeć, wszyscy zmarli mają tam zapewnione swoje miejsce, nie do pomyślenia by było, aby ktoś nie miał gdzie być torturowany, prawda? Na pewno mają też swój przydział w jedzeniu, chociaż to zależy od piekła…

Niemniej, na sto procent zmarłym jest tam dobrze i nie mają na co narzekać. Ale żeby mogło być, jak jest, za całą tą otoczką idealnego życia-po-życiu stoi ogromna sieć urzędowa. A na jej czele nie kto inny jak sam bóg japońskiego piekła – Enma Daio.

A przynajmniej na papierze.

Nie trudno zauważyć, że główne skrzypce odgrywa tutaj prawa ręka i jeden z najwyżej postawionych demonów: Hozuki. To dzięki niemu piekło jeszcze nie upadło z powodu braku w kadrze czy bankructwa. To on jest odpowiedzialny praktycznie za wszystkie zadania, prócz sądzenia zmarłych oczywiście. Tak oto prezentuje się 272 oddziałów piekła w anime Hoozuki no Reitetsu… Zaraz, zaraz… ILE?

Fabuła:

Jak już wspominałem, anime prezentuje nam japońskie piekło, a w nim: osiem piekieł gorących i dokładnie tyle samo piekieł zimnych. One z kolei dzielą się jeszcze, jeszcze bardziej, aż nie ukaże nam się piękna liczba ze wstępu. Ale to takie czcze gadanie, może po prostu opiszę Wam kilka z nich? Na przykład miejsce, do którego trafiają osoby za życia znęcające się nad zwierzętami. Co na nich tam czeka? Chociażby wygłodniałe psy, które tylko czekają, aby rozszarpać ofiarę na strzępy. Oczywiście, nie tylko psy. Są i ptaki, i małpy, i króliki, może nawet i leniwiec by się znalazł. Inną ciekawostką jest miejsce dla wszystkich zboczeńców czy molestantów (leniwiec tworzy słowa), zaludnione prawie w całości przez kobiety – mówimy tutaj o personelu, nie duszach). Tam dostają odpowiednie dla siebie tortury. 

Ale to poznajemy na początku anime, a im dalej w odcinki, tym poznajemy ich więcej. Nijak ma się to jednak do ogólnej liczb piekieł, jeżeli liczyliście na pokazanie każdego z nich – no to cóż, to był głupi pomysł. Niemniej, bardzo spodobało mi się piekło z bodaj 11 odcinka. Górowały w nim owady i insekty, ale i też grzyby. Na sam koniec tortur z umarłego wyrastało drzewo. Myślicie, że trzeba było popełnić ogromną zbrodnię, aby się tam dostać? Nic bardziej mylnego, wystarczyło oszukiwać. Proste, a jakie skuteczne, prawda? 

Anime nie opowiada jednak tylko o piekłach, bo to by było zbyt nudne. Ciężko jednak podać konkretną tematykę tego dzieła. Dlaczego? Ponieważ każdy odcinek składa się z dwóch, luźno powiązanych ze sobą, historii. Nie ma też konkretnego schematu, w jakim się one powtarzają. Raz towarzyszymy Hozukiemu w pacyfikowaniu jakiegoś natręta, innym razem obserwujemy malowanie murów nowo stworzoną farbą. Nie mogę powiedzieć, że nudziłem się przy Hoozuki no Reitetsu. Każdy odcinek był wyjątkowy i mimo tego luźnego połączenia, w jakimś stopniu rozwijał dane postacie. No właśnie, postacie.

Bohaterowie:

Widzicie, w zasadzie chciałem ten post zacząć od kilku marudnych słów. Bo, teraz zdradzam Wam bardzo ważną tajemnicę – zachowajcie to w sekrecie, Leniwiec tak naprawdę bardzo nie lubi komedii. Już chyba nawet wspominałem o tym kilka razy, że przy komediach historia jest niepoważna, jest przegięcie w stronę żartów i gagów, rzadko kiedy śmiesznych. Więc pomyślcie, jakie było moje zdziwienie, gdy Hoozuki no Reitetsu okazało się komedią… Genialną. Ale po kolei. 

Miałem mówić o postaciach, więc niechaj i tak będzie. 

Dwoje z nich już poznaliście. Są nimi Hozuki oraz Enma. Postacie kompletnie przeciwstawne, nie mają chyba żadnej wspólnej cechy – no poza pracą w piekle. Są jak niebo i… piekło. Ironią jest też fakt, że najważniejsza osoba w tej korporacji, jest kompletnie nieodpowiedzialna, niezdarna, gruba i niekoniecznie inteligentna. Ale przynajmniej ma fajny design i brodę. No i po co mu cechy dobrego władcy, gdy ma takiego zastępcę? Powściągliwego, inteligentnego, mogłoby się wydawać, że z kijem w dupie – ale z poważna miną opowiada kobiecie o swoich fantazjach seksualnych. Poza tym: tak naprawdę ciężko tej dwójki nie lubić. Chyba nikt nie lubi głupich bohaterów, mam racę? A pomijając wybryki Enmy, Hozuki spełnia to oczekiwanie doskonale. 

Oczywiście, na tym się nie kończy. Tak jak wspominamy – zobaczymy masę najróżniejszych postaci. Historycznych wojowników, którzy, szok i niedowierzanie, są kompletnie inni niż w opowieściach. Zobaczymy mityczne bestie, takie jak ośmiogłowy wąż, ale i przyjemnie, gadające zwierzaki domowe. W tym i bażanta, ja tam lubię mieć w domu przynajmniej jednego. 

Szybko okazuje się też, że nie wszyscy śmiertelnicy trafiają do japońskiego piekła. Nie bez powodu któryś już raz zaznaczam, że jest to piekło japońskie. Widzicie, każdy region świata ma swoje piekło. Nie jest to dokładnie wytłumaczone, jedynie pojawiają się wspominki, na przykład o piekle chińskim. Z którego zresztą pochodzi jedna z ważniejszych postaci, z jednej strony bardzo podobny, a z drugiej zupełnie innych niż główny bohater, Hakutaku. 

Jedyne piekło, które występuje dość często, jest to piekło europejskie. I władający nim Satan! Ooo nawet nie wiecie, jak mocno zaśmiałem, gdy pojawiła się ta postać. Poważna, pewna siebie, z ogromnym ego, a jednak przeraża go Hozuki. A no i dla ciekawych: w europejskim piekle diablice mają strój pokojówek – ale nie odsłaniający tyłek. Chyba możemy się z tego cieszyć. Teraz wizja samobójstwa kusi podwójnie… Idźmy dalej.

Kreska i muzyka:

Kolejnym punktem standardowo jest oprawa audio-wizualna. 

Anime stylizowane jest na jak najbardziej starożytne. Wiem, jak to brzmi, ale nie lękajcie się. Postacie mają jak najbardziej przypominać te z legend i starodawnych rysunków, ale przy okazji nie razić w oczy widzów, bo fakt faktem, kiedyś to ładnie nie malowano. Dzisiaj to jest sztuka, chrum… Niemniej, Hoozuki no Reitetsu ogląda się przyjemnie, bardzo trafiło w mój gust. Nie zauważyłem nic, do czego mógłbym się przyczepić. Oczywiście, niektóre postacie wyglądają dość… oryginalnie – chociażby sam Satan, czy Belzebub, czy Lilith (wychodzi na to, że najdziwniej wyglądają postacie z Europy…). A tak na koniec dodam: bardzo, bardzo trafił do mnie design Okou. Zrobię z niej swoją waifu. A potem jeszcze tylko krok do trafienia na margines społeczny…

No i ogromny plus: są trzy śliczne koty. Leniwiec approved. 

Muzyka? Przyznam szczerze, że poza openingiem i głównym motywem – który notabene musiałem znaleźć na youtubie, bo kompletnie nie zwracałem na niego uwagi – nie dosłyszałem się niczego konkretnego. Ale za to wspomniany opening wypada świetnie. Idealnie wpasowuje się w klimat serii, kontrastuje z jej poważną tematyką i pokazuje śpiewającego Hozukiego. Jestem w stu procentach spełniony i Hoozuki no Reitetsu jest jednym z nielicznych anime, gdzie opening oglądałem w każdym odcinku. Ending przemilczę, bo psuje odczucia po odcinku. 

Leniwiec w piekle:

Leniwiec skazuje Hoozuki no Reitetsu, za popełnione grzechy i brak jakiejkolwiek skruchy, na wieczne bycie jednym z anime, które każdy powinien obejrzeć. Poważne, każdy.

Świetnie bawiłem się przy tej serii. A trafiłem na nią przez przypadek – mimo że kiedyś, jestem prawie pewien, planowałem obejrzeć. Borykałem się z problemem kompletnego odechcenia się oglądania anime. Przy żadnym z odcinków nie mogłem wysiedzieć dłużej niż do połowy. A Hoozuki no Reitetsu zatrzymało mnie na całe trzynaście. Jak tego dokonało? Prawdopodobnie idealnym zachowaniem balansu między rzeczami śmiesznymi a tymi bardziej poważnymi. Seria nie wciska nam gagów i „śmiesznych sytuacji” co trzy klatki, raczej wykorzystuje cechy charakteru danych postaci. Wiemy czego można się spodziewać po bohaterze i uwaga, właśnie to dostajemy. Jeżeli wiemy, że ktoś poważnie podchodzi do spraw na płaszczyźnie mężczyzna-kobieta, to nie dostanie krwotoku z nosa przy pierwszym lepszym kontakcie z płcią przeciwną. 

Temat to nie przelewki.

Poza tym sama tematyka na pewno przyciąga widza – o czym świadczy chociażby spory fanbase tej produkcji. Nie na co dzień dostajemy na tacy historię piekła i grzeszników, oprawionych przy tym we wspaniałe, stare tła. Do tego dochodzą jeszcze skrzętnie wciśnięte nawiązania. Najbardziej spodobało mi się ukazanie, chyba w zwierzęcym piekle, postaci z Tonari no Kaibutsu-kun. Zresztą, studio, które wykonało Hoozuki no Reitetsu ma na koncie już kilka świetnych tytułów, taki jak Toradora czy, lubiane przez wielu, K. No i jeszcze Kokoro Connect czy Mayo Chicki. A, zapomniałbym – kojarzycie film BLAME z tego roku? To też od nich. 

Dalej was to nie przekonuje? To może wymiękniecie przy tym, gdy usłyszycie nazwisko seiyuu głównego bohatera: Hiroki Yasumoto, mówi Wam to coś? Podkładał głos pod takie postaci jak Sado z Bleacha czy Germany z Hetali. Ale na koncie ma jeszcze mnóstwo, dosłownie mnóstwo, innych ról. 

Myślę, że Hoozuki no Reitetsu sprawi Wam ogromną frajdę. Ja bawiłem się świetnie i z czystym sercem mogę polecić. Ale to już wy decydujecie… Możecie nie oglądać, ale zapewne będziecie żałować. Tyle ode mnie, zostawcie lajka na fanpejdżu i do usłyszenia w sobotę! 

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
LeniwiecWampanellaJarek CieślaRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jarek Cieśla
Gość
Jarek Cieśla

Hm w Japońskim kinie animowanym czyli anime nie gustuje bo od podstawówki jak skończyły się pokemony tak i ja skończyłem oglądać anime. Ale może kiedyś się do tego zachęcę. Fajny post taki unikalny, nie wiele jest postów o tej tematyce.

Wampanella
Gość
Wampanella

Pierwszy odcinek(albo 2) za bardzo mnie wynudził, aby sięgnąć po więcej… A bardzo rzadko porzucam na początku…

Leniwiec
Gość

Cóż, każdy ma swój gust. Mi na przykład humor bardzo przypadł do gustu – szczególnie odczułem to właśnie w pierwszym odcinku 😀

%d bloggers like this: