HoriMiya 8-11 – Recenzja

MangaPopkultura

Written by:

Ostatnio wieczory oddawałem takim szemranym przyjemnością, jak na przykład przegrywanie meczów rankingowych w LoL’u czy przegrywaniu wojen w EU4. No i obserwowaniu rosnących statystyk. Tak więc nietrudno się domyślić, że zimowanie Leniwca nie jest specjalnie ciekawe, powiedziałbym, że jest wręcz nudne.

 Czasem jednak robiłem sobie mały skok w bok, oddając się kartkom szkolnych lektur, wędrując na sybir czy do innego getta. Zmęczony tym mroźnym zastojem, przeleciałem wzrokiem pokój. To jest to, to moja ucieczka. HoriMiya!

Przecież na szafce leżą jeszcze mangi, które już dawno miałem przeczytać. Znowu jednak przyjemność trwała krótko. W mgnieniu oka przebyłem drogę między ósmym a jedenastym tomem, czekając, aż pojawi się coś, co wyrwie mnie z butów – w tym przypadku zrzuci mnie z łóżka.

W poprzednim odcinku:

fajnie, że romans się rozwija

O jak bardzo się myliłem.

Oczywiście, jestem pewien, że nie ma tam żadnego homoseksualnego związku

O JAK BARDZO SIĘ MYLIŁEM

Bywało lepiej

Pod ostatnim postem wywiązała się krótka dyskusja na temat przyszłych – właśnie tych, o których dzisiaj piszę – tomów tej mangi. W bardzo wielkim skrócie: im dalej w las, tym gorzej, chociaż bardziej by pasowało – tym nudniej. Szczerze, nie wierzyłem opinii Nany, mimo że tomy przeczytała jeszcze przede mną. Raczej pokiwałem głową i pomyślałem: „Tak, tak zobaczymy jak przeczytam”. W sumie teraz mi trochę głupio, bo jednak nie wyszło na moje.

Jeszcze tylko się wytłumaczę: dzisiaj jeden tom więcej, bo nie było sensu pisać osobnego posta dla pojedynczego komiksu.

Chociaż może gdyby naprawdę wydarzyło się coś ciekawego, pokusiłbym się o odrębne teksty. Jednak mangę HoriMiya dotknął ten problem… Że nic się nie dzieje. Większość wydarzeń, to losowe sytuacje, niewnoszące zupełnie nic do rozwoju fabuły – na przykład cały początek tomu, gdzie bohaterowie tylko lezą pod kotatsu. Albo znowu: nocka u przewodniczącego. Nie pokazują one czytelnikowi żadnych nowych elementów, nie popychają wydarzeń, raczej są zwykła zapchajdziurą, która w jakiś sposób ma dodać mandzę charakteru normalnego życia nastolatków.

Horimiya

Jednak stwierdzenie, że na przełomie czterech tomów HoriMiya nie zaserwowała czegoś nowego, byłoby krzywdzące i nieprawdziwe.

Dostajemy kolejny kamyk do związku głównych bohaterów i teraz mogę z czystym sercem powiedzieć, że to wszystko dzieje się za szybko. Nie obraźcie się za spoiler, ale widzicie, Miyamura oświadczył się Hori. Tak zwyczajnie, na ulicy, bez pierścionka czy czegokolwiek innego. Wątpię, aby była to decyzja przemyślana, chociaż znając mangi, to i tak będą żyć długo i szczęśliwie. Poznajemy także odrobinę przeszłości Miyamury, w postaci grupki znęcających się nad nim idiotów.

I to chyba były dwie najważniejsze rzeczy, które dotyczyły naszych głównych bohaterów.

A co z resztą gromadki?

Gromadki? Jak to już całe stado jest.

Autorka znowu dorzuca nowe postacie. Tym razem poznamy Tanihare, przez którego życie Miyamury zmieniło się w pewnego rodzaju piekło. Na całe szczęście prócz niego ujrzymy już tylko ojca Sengoku (przewodniczącego). Historie obu panów znamy raczej pobieżnie, więc i ja za wiele nie mogę o nich napisać.

Ale to w sumie całkiem dobrze.

Postawiono na pogłębienie fabuły związanej z postaciami pobocznymi. Tak o to możemy obserwować dziwny „związek” Yuki z Tooru, który oficjalnym związkiem chyba nie jest – jakby autorka zapomniała, że nie dała nam pewnej odpowiedzi. W zasadzie podobają mi się ich relacje, wyglądają realnie, bez dziwnych udziwnień, czasami zbędnie wpychanych do mang. Jednak jeszcze bardziej podobała mi się reakcja Sakury, gdy zobaczyła ich razem. Nie wiem czemu, ale ciągnie mnie do dramatów.  Z innych związków to dosłownie garstka informacji o Sengoku i Remi – okazało się, że on boi się robali, a ona ma ich w domu pełno… Nic konkretnego. Później jednak dorzucają do wora początki związku tej dwójki, co jest już znacznie lepsze. W którymś z tomów wreszcie napisano coś o prywatnym życiu Kouichiego – tego dziwnego przyjaciela Miyamury. O jego związku i relacjach z rodziną drugiej połówki. Na plus, bo naprawdę polubiłem tę postać.

Śmieszy mnie jednak pewna rzecz. W mandzie HoriMiya jest pełno, jakby to nazwać, zawirowań uczuciowych. Jest sporo postaci, które podkochują się w sobie nawzajem i to nawet wcale nie ukrywając tego w sobie. A jednak nie ma bohatera, który prędzej czy później nie zostałby wcielony do grupy przyjaciół. Wyobrażacie to sobie? Gościu zakochał się w twojej dziewczynie – spoko, będziemy dobrymi kumplami. Babeczka kocha się w danym chłopaku, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby przyjaźniła się z dziewczyną, która prawdopodobnie popsuje jej – albo już popsuła – plany na związek. Realizm -10.

Pozostaje się jedynie śmiać

Za każdym razem muszę wspomnieć, że HoriMiya jest zabawna. Bo to jest największy plus – i chyba jedyny – tych przeczytanych tomów. Znowu zdarzyło mi się kilkukrotnie zaśmiać na głos, szczególnie do gustu przypadają mi sytuacje, gdy bohaterowie dostają takich pustych oczu. Nie wiem jak mam to opisać, musicie sami sprawdzić.

W ogóle nie można zapomnieć, że ta manga prezentuje nam wysoki poziom ekspresji bohaterów. Tam gdzie dialogi są lekko koślawe, zdecydowanie nadrabiają rysunki. One w stu procentach oddają klimat danej sceny – czy to radość, czy smutek, czy zdziwienie. Równie dobrze wypadają same projekty postaci, chociaż nie obraziłbym się za małą rozpiskę na początku, kto tak naprawdę jest kim. Coś takiego, co możemy zobaczyć w Bakumanie.

Nie zachwyca mnie jednak w ogóle Miyamura. Gdy miał długie włosy i okulary, był jako tako charakterystyczny. Gdy odstawił na bok szkła, a włosy skrócił, stał się taki… Zwykły.

Jednak nowy look Miyamury nie przeszkadza promieniującemu miłością Watabe. Chociaż jego nastawienie jest dość… Niepokojące. Zresztą, sami sprawdźcie.

I to już koniec na dzisiaj. Martwię się o przyszłość HoriMiy, mam nadzieję, że niedługo wydarzy się coś konkretnego, co przerwie tę małą nudę. Liczę na jakiś ciekawy plot twist. A Wy? Czytaliście już mangę HoriMiya? Przypadła Wam do gustu lub planujecie przeczytać? Podzielcie się opiniami w komentarzach! A mi pozostało już jedynie podziękować Waneko, za umilanie zimowych dni.

%d bloggers like this: