The Innocent – Recenzja

MangaPopkultura

Written by:

The Innocent

Faszerowany nieustannie od kilku dni fantastycznymi zjawiskami, jakie serwuje Bułhakow, potrzebowałem konkretnej przerwy – a przynajmniej jednego spokojnego wieczoru. Na pomoc przyszła mi ona, ze swoimi dwustoma czarno-białymi stronami. Tym razem manga od wydawnictwa Studio JG, jednotomówka – „The Innocent”.

Kupiłem ją… X lat temu, na wakacje, na wyjazd do babci, aby mieć jak zabić czas. Pamiętam jedynie strzępki z poprzedniej lektury: „The Innocent” przeczytałem szybko, bez większych problemów. Jedyne co utkwiło mi we wspomnieniach to fakt, że niektóre rysunki były nieprzejrzyste. Ale o tym opowiem Wam później. Manga wydana w 2011 roku, raptem siedem lat temu, a wcale nie widać, aby mocno się postarzała. Podstawowe formalności mamy już za sobą, przejdźmy do głównego tematu.

A, zapomniałbym, jeżeli zobaczycie zielony kolor w tekście – kliknijcie, na pewno nie pożałujecie he, he.

Za co siedzisz? Za niewinność

Główny bohater mangi: Ash, a w zasadzie Johnny Wright, zostaje skazany na karę krzesła elektrycznego za przestępstwo… Którego nie popełnił.

Na takie okoliczności rada w niebiosach przygotowała specjalny plan działania. Osoby niesłusznie skazane niejako odradzają się, zachowując swój wcześniejszy wygląd i charakter, ale pod postacią ducha. Mogą – warunkiem jest obecność anioła stróża – zejść na Ziemię. Aby uzyskać odkupienie bądź oczyszczenie, muszą pomagać osobom, które zupełnie tak jak oni, zostały bezpodstawnie oskarżone.

Otrzymują wtedy również pewien dar, mianowicie: ich ciało staje się popiołem, mogą go kontrolować i formować z niego różne rzeczy. Jak się okazało, o czym nam nie powiedziano, główny bohater może go również podpalać.

Josua czeka na swoją rozprawę, postawiono mu zarzuty morderstwa. Jego siostra jednak ma dowód na jego niewinność, musi jedynie przekazać go adwokatowi – problem stanowią bandyci, którzy dokonali wspomnianego morderstwa, a teraz za wszelką cenę chcą odzyskać płytę z nagraniem, która jest przepustką do normalnego życia Josuy. Zadaniem Ash jest ją – płytę jak i siostrę –  ochronić, co będzie równoznaczne z uniewinnieniem Josuy. Sprawy komplikują się, gdy Johnny w jednym z bandytów rozpoznaje kogoś, z kim miał już wcześniej do czynienia.

To tylko podwładny, ale jego szef – Flame – doprowadził do skazania Asha. Przez Flame’a, siostra głównego bohatera leży teraz w śpiączce. Johnny nie może się powstrzymać i o włos nie zabija prześladowcy – za co otrzymuje dość surową karę z niebios.

Nie traci jednak swojej żądzy zemsty i postanawia, własnymi metodami, uniewinnić Josue, ale także rozwiązać sprawy, przez które stracił swoje życie.

Niepokojące towarzystwo

Przebłyski z przeszłości nie okazały się błędne. Tym razem również całkiem przyjemnie spędziłem godzinę, – dość szybko się „The Innocent” czyta – leżąc na łóżku i obserwując dalsze poczynania najważniejszych graczy: głównego bohatera, głównego złego i jego przydupasów, anioła i biednej pani adwokat z wyrzutami sumienia.

Właśnie, warto zaznaczyć, że przez te kilkaset stron przewija się całkiem sporo postaci. Oczywiście Ash – trochę zarozumiały, trochę uparty, ale nic więcej o nim nie można powiedzieć. Jedyne czym się kieruje to nienawiść i chęć zemsty, tyle z cech ludzkich. Dostajemy też przebłyski, że Johnny jest kimś wyjątkowym, bo tak szybko opanował swoją moc – ale to tylko wspomniana informacja, żadnego rozwinięcia. U boku Asha podąża jego anioł, który posiada maksymalnie niemęski design. Ja nie wiem, co w Japonii mają z tymi stworzeniami, że za każdym razem dają im kobiecy wygląd – przecież tak samo było w „Shingeki no Bahamut: Genesis”. Angel również nie jest jakoś specjalnie przybliżona czytelnikom, chociaż na potrzeby jednotomówki wystarczająco: ot, stracił skrzydła przez jakieś wydarzenie w przeszłości, a teraz musi być grzeczny, aby je odzyskać. On i ten, którym się opiekuje oczywiście.

Najciekawiej wypada tutaj postać pani adwokat, która przewija się od początku, aż do zakończenia. Na jej barkach leżał wyrok Asha, i mimo faktu, że postąpiła zgodnie z prawem – tak, jak powinna – wyrzuty sumienia nieustannie ją męczą. To ona wydaje się najbardziej ludzka z całego tego zamieszania oraz z nią, mimo krótkiego czasu antenowego, można najlepiej się zżyć.

Do worka kolegów dorzucimy jeszcze jakiegoś ważnego sługę głównego złego (Falme’a). Mężczyzna nazywa się Whirl, ma piękne blond loki, fajną bródkę… Zdecydowanie nie jest normalny. Ale za to jest cholernie denerwujący, a fakt, że przez całą mangę wypowiada może ze trzy różne zdania, wcale mu nie dodaje uroku. Wygląda jak taki fabularny zapychacz, ot gość, który musi walczyć z głównym bohaterem. A rozwiązanie na to, że jest pusty i nudny? Niech nie mówi nic, poza tym, że chce się pobawić, najlepiej z Ashem. Boże…

Ciężki klimat? Niekoniecznie

Mogłoby się zdawać, że przez tematykę, jaką wybrali sobie autorzy, „The Innocent” będzie czymś ciężkim, mrocznym, może klimatem podobny do „Psycho-pass„. Jak mówi Radek Kotarski: nic bardziej mylnego. Przez cały czas trwania randki z tą mangą ani przez sekundę nie poczułem się… Dziwnie. Nie poczułem jakiejś presji, która ciąży na głównym bohaterze. Fakt, że za tym wszystkim stoi ogromna afera polityczna również mnie nie zszokował. Powiem nawet, że zupełnie mnie ta intryga nie wciągnęła, jedynie interesowało mnie jej rozwiązanie.

Które bardzo mnie zawiodło.

Oto uroki jednotomówek – gdy w dwustu stronach musisz zmieścić całą fabułę. „The Innocent” ogromnie na tym traci. Widać, że im bliżej końca, tym więcej niedopowiedzeń, historia się rozjeżdża, pojawiają się rozwiązania, kolokwialnie mówiąc, z dupy. Samo zakończenie jest bezsensowne – jakby wymyślone na kolanie, aby tylko jakoś obejść ograniczenia, które przecież autorzy sami na siebie nałożyli. A gdyby tego było mało, to jeszcze bardziej naginają cały wykreowany świat na ostatnich stronach mangi.

Gdy już przy autorach jesteśmy, w „The Innocent” maczał palce – a w zasadzie pewnie zlecił wykonanie – Avi Arad. Nic Wam to nie mówi? Mi w zasadzie też, ale po szybkim riserczu: to pan, który w kieszeni trzyma prawa do większości filmów Marvela, a także wykłada kasę na ich produkcję. Ponoć dawał pomysły do mangi, które w jeden scenariusz zamknął Junichi Fujisaku. I teraz nie wiem do kogo strzelać, za tak spieprzone zakończenie – do pomysłodawcy czy wykonawcy.

Wiem jednak, że dobra robotę wykonał Ko Yasung odpowiedzialny w „The Innocent” za rysunki. Najlepiej w mandze wyszły zbliżenia na twarze bohaterów – szczegółowe, dobrze wykonane, po prostu ładne. Ale podczas czytania warto zwrócić uwagę również na dynamizm postaci – wcale nie trudno go szukać, wystarczy otworzyć na losowej stronie. Cały popiół, którym otacza się Ash jest narysowany ślicznie. Chociaż czasami sprawia, że kadry są lekko nieczytelne. Ciekawostka: na naszym polskim rynku możemy dostać tytuł – który również wyszedł pod szyldem Studia JG – stworzony rzez Ko Yasunga, mianowicie: „Stigma”.

Skazany na Leniwca

Myślę, że „The Innocent” nie był złym zakupem. Nie pluję sobie w brodę za zmarnowane pieniądze, jak to było przy „Demon Maiden Zakuro”. Nie mogę również ubolewać nad poświęconym czasem, bo jednotomówka to zabawa na chwilę.

Ale mam ogólnie mieszane uczucia co do tej mangi. Z jednej strony: jest zwykła do bólu, co może być plusem i minusem. Plusem, gdyż nie posiada ona zbyt wielu wad – no może poza tą największą: im bliżej końca historii, tym staje się ona coraz gorsza. „The Innocent” potrafił wywołać mały uśmiech na mojej twarzy, prostym żartem z płci anioła – byłem święcie przekonany, że Angel to kobieta. I sytuacja z balonem, z samego początku tomu – od dzisiaj, gdy bez przyczyny pęknie balon, będę wiedział, że to sprawa duchów.

Minus jest bardzo prosty: zwykła do bólu, to w żadnym razie nie komplement. Nie znalazłem tam nic, co mogłoby przykuć moją uwagę na dłużej. Ciekawe wątki są jedynie wspomniane, bez wyjaśnienia dalszych losów czy zwykłego wytłumaczenia.

Jeżeli spodziewaliście się konkretnego kryminału, tutaj go nie dostaniecie. Fabuła nie jest zagmatwana, prowadzi czytelnika za rączkę. Oczywiście, nie twierdzę, że nie można czerpać z tego frajdy. Ale wydaje mi się, że można spożytkować ten krótki czas lepiej. „The Innocent” to po prostu nic specjalnego. Na pewno nie mam zamiaru trzeci raz romansować z tym tytułem.

Tyle na dzisiaj – pamiętajcie, aby klikać w zielony tekst, a także zostawić lajka na leniwym fanpejdżu!

Leniwiec pisze

%d bloggers like this: