The Promised Neverland – Recenzja pierwszego tomu

MangaPopkultura

Written by:

Gdzieś głęboko w lesie, za bramą i płotem, znajduje się nieduży, mieszczący niecałe czterdzieścioro dzieci, sierociniec. Odcięci od świata i technologii mieszkańcy, żyją z dnia na dzień przy ustalonym grafiku, wyczekując magicznego dnia adopcji.

Rano, zawsze punktualnie, cała gromada zbiera się na śniadanie ­– dokazując jak to dzieci. Potem przychodzi czas na testy. Kilka naprawdę nieskomplikowanych zadań: policzyć ilość sześcianów w ukazanej figurze czy podać liczbę, która pojawi się w pięćdziesiątym rzędzie danej sekwencji. W czasie krótszym niż dziesięć sekund. Łatwizna. Potem już mają czas wolny aż do kolacji. Nad wszystkim czuwa kochająca „mama”.

Dziecięca ciekawość nie ma jednak granic. Mimo że są one jasna wyznaczone: jedna jedyna brama i płot otaczający pewną część lasu, za który mieszkańcy nie mogą przejść.

Co może pójść nie tak w tym, mogłoby się wydawać, wyidealizowanym miejscu? Cały obraz popsuje mały pluszak, którego uczynni bohaterowie postanowią odnieść właścicielce, której wypadł dzień adopcji… Ale to, co zastaną na miejscu, wywróci ich świat do góry nogami.

A oni mają być następni.

 

Fabuła:

Musicie się przygotować, że The Promised Neverland ma naprawdę sporo tekstu, co przekłada się na długość czytania. Odpowiedzialny za historię Kaiu Shirai już od pierwszej strony raczy nas monologiem z perspektywy głównej bohaterki ­– Emmy. Ona z kolei przybliża nam po kolei każdy element ichniejszego dnia. Przydługawy wstęp jednak szybko zamienia się na równie przydługawe rozmowy między dzieciakami.

Szybko następuje zerwanie z pozorną cukierkowością, którą czytelnicy mogli wyczytać z początku. Fabuła mocno się zagęszcza ­– dochodzi coraz więcej podejrzanych elementów: po co Mamie nadajnik do namierzania dzieci? Nie wspominając nawet o numerach wytatuowanych na karkach mieszkańców sierocińca… Śledzimy też poczynania bohaterów, ci za wszelką cenę chcą zmienić bieg wydarzeń. Los jednak nieustannie wynajduje nowe przeszkody, na pierwszy rzut oka nie do obejścia.

Shirai wybrał idealny moment w tomie, aby zmienić klimat i dodać napięcia ­– gdy zaczynałem się nudzić, on zaserwował mi coś, przez co nie mogłem oderwać się od lektury aż do ostatniej strony. Co to takiego? Musicie sprawdzić sami, gwarantuję jednak, że wspomniany klimat The Promised Neverland nie ma nic wspólnego z uśmiechniętymi dziećmi, które widzimy zaraz po otwarciu tomiku.

The Promised Neverland

Bohaterowie:

Z głównymi bohaterami zapoznajemy się dość szybko, jest to trójka najstarszych ­– i najlepszych pod względem osiąganych punktów na testach ­– dzieci w sierocińcu. Jak głosi opis tomiku: nie są ze sobą spokrewnieni, a osoba, którą nazywają matką ­– nie ma nic związanego z ich biologicznym rodzicem.

Emma, o której już wspominałem, to energiczna dziewczynka, zawsze chętna do zabawy czy pomocy. Czuje się również bardzo odpowiedzialna za młodszych „braci” i „siostry”. Ma kilka cech wspólnych z typowym, shounenowym bohaterem: w tym przypadku jednak zamiast siły przyjaźni, mamy miłość, przez którą podejmowane działania są niekoniecznie logiczne i najrozsądniejsze. Na szczęście ze zdrowym rozsądkiem kumpluje się Ray, chłopak dużo bardziej spostrzegawczy i bystry od Emmy. Do tego wszystkiego brakuje jedynie genialnego taktyka, jakim jest Norman ­– z pozoru szara owca, która zaskakuje byciem zawsze o krok przed innymi.

Mimo młodego wieku ­– wszyscy troje to zaledwie jedenastolatki ­– bohaterowie The Promised Neverland są prawdziwymi geniuszami. Lata robienia szalenie trudnych testów sprawiły, że swoją wiedzą mogłyby zawstydzić niejednego dorosłego. Można jednak doszukać się w nich również cech odpowiednich do ich wieku: często się boją czy płaczą. To dobry zabieg, sprawiający, że nie postrzegamy ich jak idealnych jednostek.

Po zupełnie przeciwnej stronie barykady stoi Mama. Postać od początku wzbudzająca podejrzenia, ale również ciepłe i przyjemne uczucia. Szybko jednak staje się bohaterką dość… Straszną. Niektóre ujęcia z Mamą w roli głównej sprawiają, że włos się jeży na głowie, a po plecach przelatują ciarki. W The Promised Neverland nic nie jest tak naprawdę czarno-białe, więc i Mama w swojej historii posiada pewien plot twist, który potęguje zamęt w głowie czytelnika. Na razie jednak prezentuje się jako genialny antagonista.

No i są jeszcze Oni. A Oni są przerażający. Naprawdę.

Kreska:

Gdy pierwszy raz spojrzałem na okładkę, The Promised Neverland skojarzył mi się z jakimś komiksem zachodnim stylizowanym na mangę, aniżeli samą mangą. Kreska ma w sobie coś zza oceanu ­– a przynajmniej tak mi się wydaje. Niemniej, okładka na pewno przyciąga spojrzenie również samym projektem. Trójka głównych bohaterów i kilka innych postaci, biegnących gdzieś po schodach. W tle sierociniec, pod stopami biblioteka ­– która również stanowi ważny element historii.

Odpowiedzialną za rysunki w tej mandze jest Posuka Demizu. Trzeba przyznać, że ma talent, bo The Promised Neverland wygląda naprawdę pięknie. Szczegółowość rysunków zaskakuje na każdej stronie, chociaż w największy zachwyt wprawia na samym początku, gdy obserwujemy z góry cały pokój dziecięcy. Dalej w tomie również uświadczymy dużo dobrych teł, ale równie często autorka, co świetnie wpasowuje się w klimat, pozostawia tło puste.

Modele postaci w mandze również cieszą oko: każda jest wyjątkowa, zupełnie różna od pozostałych. Nietrudno odróżnić kto jest kim.

The Promised Nverland zawiera w sobie także elementy horroru, które stoją w opozycji do słodkich rysunków dzieci. Zadziwiające, jak autorka może tworzyć tak dobre rysunki niezależnie od klimatu. W mandze pojawiają się pewne potwory, które dziwnie kojarzą mi się z kreską z Dimension W.

Leniwiec pisze

Obiecany Leniwiec:

Od momentu ogłoszenia przez Waneko, że ich nowym tytułem będzie The Promised Neverland, nie pałałem specjalnym zachwytem. Słyszałem trochę dobrego o tym tytule, słyszałem, że cieszy się sporą popularnością. A ja tak mam, że wszystko, co staje się popularne ­– momentalnie zaczyna mnie odrzucać. Często są to jednak uczucia wyssane z palca, bo po bliższym zapoznaniu się z mangą czy anime, stwierdzam: „Hey that’s pretty good”.

To samo spotkało The Promised Neverland, które w końcu wpadło w moje ręce. Aktualnie na polskim rynku pojawił się drugim tom, więc to idealny moment, aby zacząć zbierać tę serię. Dobrze, że Waneko nie zdecydowało się tłumaczyć tytułu na nasz ojczysty język, bo Piwus od JPF’u wyczerpał pokłady nieudanych zabiegów, jakie wydawnictwa mogły popełnić przynajmniej na pół roku.

Największą wadą, jakiej się doszukałem, – trochę jak z Bakumanem – jest ilość tekstu. Nie zrozumcie mnie źle, mi to wcale nie przeszkadza, ale muszę o tym napisać. Niektórych historia może trochę znudzić. Wcale nietrudno się też domyślić, że cukierkowy sierociniec wcale nie jest taki cukierkowy. Jednak nie oznacza to okropnej przewidywalności. Przyznam szczerze, że rozwój historii mnie zaskoczył.

Bardzo pasuje mi klimat, jaki The Promised Neverland stworzyło, nie spodziewałem się, że dostanę tutaj horror. I to horror dobry, bo po pierwszym tomie mam jedynie spekulację – niewybiegające sporo poza te głównych bohaterów – o co tutaj może chodzić.

Pozostaje mi jedynie czekać na kolejne tomy.

Dziękuję Waneko za egzemplarz recenzencki i, klasycznie, zapraszam do polubienia Leniwca na Facebooku!

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Summer Wars – Recenzja pierwszego tomu – Leniwiec PiszeFor Mob, With Love – Leniwiec PiszeRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Innym razem na horyzoncie oceanu mang pojawiają się bardziej nietuzinkowe serie, jak np. ostatnio Promised Neverland, które pomimo wychodzenia w Shounen Jump – ciężko obecne znaleźć w tym magazynie bardziej […]

trackback

[…] przeciwieństwie do The Promised Neverland, przez kolejne strony Summer Wars przedzieramy się sprawnie. Ale dopiero od połowy. Pierwsza […]

%d bloggers like this: