Made in Abyss – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Gdzieś na środku morza odkryto ogromny krater. Nikt do końca nie wie, jak powstał, nikt do końca nie wie, jaki jest głęboki i co w nim czyha. Jedno jest jednak pewne: Abyss – bo taką nadano mu nazwę – jest wypełniony po brzegi różnorodnymi, czasem wartymi majątek, artefaktami.

Kwestią czasu było powstanie pierwszych osad wokół niego. Dzisiaj próżno szukać koczowniczych namiotów, teraz stoi tu pokaźnej wielkości miasto. A w nim zaczęły rozwijać się różne gałęzie przemysłu związanego z eksploatacją krateru: powstały szkoły, w których od małego uczą nowe pokolenia archeologów, nadając im kolorowe gwizdki.

W jednym z sierocińców poznamy główną bohaterkę. Riko jest zapaloną miłośniczką kopania, wydobywania oraz wszystkich rzeczy z tym związanych. Jej jedynym marzeniem jest, zostanie – tak jak jej matka – białym gwizdkiem, ale również… Być pierwszą osobą, która zbada dno krateru! 

Jednak na Abyssie ciąży dziwna klątwa, której skutki można odczuć już w jego pierwszych poziomach. Co się stanie, gdy Riko otrzyma liścik, który zachęci ją do zbadania wnętrza krateru? Kto jest jego autorem? I czym jest Regu – robot, który uratował jej życie?

 

Fabuła:

W recenzji mogą pojawić się małe spoilery, ale jestem przekonany, że nie popsują Ci one zabawy z oglądania – więc śmiało możesz czytać dalej!

Część fabularnych faktów zdradziłem Wam już we wstępie, który, moim zdaniem, idealnie opisuje całą oś fabuły. Bo właściwie na tym skupia się Made in Abyss. Na ciągłym podróżowaniu w głąb. Jednak to wszystko nie jest takie łatwe. To może chcecie posłuchać trochę o samym kraterze?

Wspomniałem Wam o kolorowych gwizdkach. Widzicie, nie stanowią one tylko ozdoby. Ich zadaniem jest wyznaczenie poziomu, do którego mogą zapuścić się poszukiwacze. Począwszy od czerwonego – przyporządkowanemu dzieciakom oraz początkującym, przez księżycowe i czarne – ci poszukiwacze są już naprawdę doświadczeni, mogą zejść na znaczną głębokość, ale mają też szansę na powrót, kończąc na najbardziej prestiżowym białym gwizdku – posiada go jedynie elita. Oni mają wolną rękę, mogą schodzić, jak głęboko tylko chcą i pracować, jak im się podoba, gdyż nikt ich nie kontroluje. Białe gwizdki jednak nie wracają na powierzchnię…

A dlaczego w ogóle się tak dzieje? Co miałem na myśli, mówiąc, że można jeszcze wyjść z Abyssu? Bardzo przypadł mi do gustu ten motyw. Akihito Tsukushi stworzył zarazem proste do pojęcia ograniczenie, które na pewno pozwoliło mu rozwinąć historię, ale przy okazji wywołujące w widzu zachwyt. Napisał on „klątwę Abyssu”. Działa naprawdę banalnie: do Abyssu można z łatwością wejść, ale podczas wyjścia klątwa silnie oddziałuje na człowieka. Na początku wywołuje nudności, zawroty głowy, głębiej objawy zmieniają się w ból całego ciała czy krwotoki… A na samym końcu: utrata człowieczeństwa lub nawet śmierć. Nie ma od tego wyjątków, przez te kilkanaście odcinków będziemy w stanie obserwować, co dzieje się z ludźmi, poddanymi działaniu tej klątwy.

Krater jest głównym miejscem, w okół którego kręci się fabuła. W trakcie seansu poznamy jego kolejne warstwy, będziemy mogli również podziwiać najróżniejsze artefakty. Zmierzymy się z florą i fauną, która wcale nie musi być miło nastawiona do bohaterów. Przede wszystkim jednak mamy tajemnice za tajemnicą: masę pytań, na które nie dostaniemy jeszcze odpowiedzi – a przynajmniej na część z nich.

No i uważajcie, gdy będziecie chcieli porzucić oglądanie tego anime. Im dalej zabrniecie w odcinki, tym gorsza dotknie Was klątwa Abyssu…

 

Bohaterowie:

Zauważyliście, że coraz częściej w anime protagonista (lub kilku protagonistów w zależności od serii) jest taki… Nijaki? Z charakteru przeciętny, wyróżnia go może dzika chęć przygód czy spełnienie marzenia. Często bardziej denerwuje, niż zajmuje. Leci na łeb, na szyję, nie patrząc specjalnie na konsekwencję swoich czynów, ani nie wykazując się nawet szczyptą wyobraźni. Hej, właśnie podsumowałem bohaterów lwiej części różnych anime!

Niestety, przy okazji opisałem też całą Riko i w zasadzie Regu również. Pomimo ich uroczego wyglądu oraz litrów ambicji, które się z nich niemal wylewają, nie prezentują sobą nic ciekawego. Fakt, można pozazdrościć im pełnego oddania sprawie, ale to wynika z ich braku wyobraźni – gdyby nie pomoc z zewnątrz, nigdy nie dotarliby tak nisko w głąb Abyssu. Zresztą, obserwujemy w pewnym momencie, jak kończy się ich działanie na „własną rękę”. Brakuje im spojrzenia w przyszłość i takiej myśli, że: hej, może kurde… ZGINIEMY?

Jednak Made in Abyss pod koniec mocno zmienia swój klimat, więc i bohaterowie mają szansę się zmienić. W tym sezonie jednak tego nie uświadczymy. A w przyszłości? Wątpię, że tak będzie, ale nie tracę nadziei. Może położenie, w którym się znaleźli, zmusi ich do szybszego dorośnięcia? W końcu to tylko dzieci.

W takich też seriach skrzypce ciekawości grają poboczni bohaterowie. Made in Abyss na szczęście nie jest ich pozbawione: na początku nie ma ich wielu, raczej same przeciętne – optymistycznie nastawione do życia lub z kijkiem w dupie – charaktery. W ostatnich odcinkach poznamy jednak trzy postacie, które – przynajmniej mi – zmieniły kąt patrzenia na to anime. Nie chce Wam zdradzać ich wszystkich, ale…

Ouzen to moja nowa miłość. Uwielbiam jej zimny, apatyczny charakter, który tak strasznie kontrastuje z para głównych bohaterów, że czasem aż przechodzą po plecach dreszcze. Poza tym jej sposób życia gdzieś w Abyssie, odcięta od świata ze zgrają swoich uczniów prezentuje nam, jak bardzo dziwnymi osobami są białe gwizdki. Wisienką na torcie są jej maniakalne zapędy. Naprawdę, uwielbiam tę postać. I te włosy!

Made in Abyss

Nie dajcie się zwieść temu uśmiechowi!

 

Kreska:

Myślę, że oprawa graficzna mimo swojej prostoty, jest dość charakterystyczna. Bohaterowie wyglądają… Naprawdę uroczo. Mało kto odrzuca swoim designem – w sensie: sprawie złe pierwsze wrażenie. Raczej postacie wzbudzają pozytywne odczucia.

Prawdziwą ciekawostką jest jednak znowu Abyss. Już przy pierwszych ujęciach zapiera dech w piersiach, a im dalej w serie, tym więcej jego smaczków poznamy. Przez zmieniające się, różnorodne biomy, aż do dziwacznych stworzeń czy przerażających, śmiercionośnych potworów – każda z tych rzeczy jest wyjątkowa i na tyle różnorodna, że nie czuć nimi znużenia. Właściwie rzadko kiedy trafimy na dwie takie same bestie, autor stara się ciągle serwować coś nowego.

Jednak im głębiej zejdziemy, tym świat staje się bardziej nieprzyjazny. Widać to chociażby w zmianie kolorystyki: gdy na powierzchni lub pierwszych warstwach barwy były żywe i ciepłe, tak później zmieniają się w odcienie fioletu, a wokół panuje wszechobecny mrok. Made in Abyss jeszcze bardziej podkręca swój klimat, gdy ukazuje widzom prawdziwie obrzydliwe widoki.

Jest również trochę Moe fanserwisu, który jednak przemilczę… No dobra, jeden obrazek.

 

Muzyka:

O, drodzy czytelnicy, jak ja uwielbiam OST z Made in Abyss! Wspominałem już o nim na Fanpejdżu, ale nie omieszkam się powtórzyć: jest tak świetny, że aż nie mogę przestać jego słuchać! Klimatyczne dźwięki, które genialnie wpasowują się w aktualne wydarzenia czy stan psychiczny bohaterów. Czasem też nasze uszy popieszczą śpiewy. Gdyby nie oglądać anime, a jedynie słuchać ścieżki dźwiękowej, można by było pomyśleć, że jest to poważny, głęboki seinen… I hej, trochę tak właśnie jest.

Co do dwóch głównych piosenek, którymi są opening i ending, nie jestem już taki pełen zachwytu. Czołówka jest całkiem okej, ale nic więcej. Dzięki niej widz ma ochotę sam pozwiedzać jakieś ruiny, bo napełnia pozytywną energią. Z drugiej strony ending, który jest nieporozumieniem. Gdy zaczyna lecieć, średnia wieku widzów nagle obniża się o dziesięć lat. Piosenka dla dzieci. Ale na plus zasługuje oprawa graficzna w nim użyta.

Ciekawym zabiegiem było też kilkukrotne pominięcie openingu czy endingu, na rzecz innej piosenki oraz jeszcze kawałka fabuły – takie uzupełnienie odcinka.

Made in Leniwiec

Długo zabierałem się za tę serię, bo i długo mało co oglądałem. Zewsząd słyszałem opinie, jakie to Made in Abyss nie jest genialne. Czekałem więc na fabularną petardę, która wgniecie mnie w fotel, przy której wypłaczę litry łez, a po skończeniu seansu będę chciał jedynie się zabić. Czy to właśnie dostałem?

Nie do końca.

Pierwszy sezon zakończył się w trzynastu odcinkach, gdy ostatni trwał czterdzieści minut – moim zdaniem genialne rozwiązanie, każda krótsza seria powinna coś takiego dostać. I powiem Wam szczerze, że przez połowę czekałem, aż wydarzy się cokolwiek ciekawego. Obserwowałem zmagania pozbawionych wyobraźni bohaterów, którzy idą na dno Abyssu bez konkretnego planu, nawet bez potwierdzonych informacji, że ktoś tam na nich czeka. Tak sobie wymyślili i już. I poszli.

Ale potem… Jakie Made in Abyss było dobre!

Gdy produkcja odeszła od tej cholernej cukierkowości na rzecz okrutności, obrzydliwości i tajemniczości. Zaszczucie towarzyszyło nam do ostatniej sekundy. Gdy poznajemy sekrety białych gwizdków, tracą mocno w naszych oczach – wcale nie są wielcy i idealni. Ale za to stają się przeogromnie ciekawi: ich motywacje oraz działania mało mają wspólnego z moralnością. No i im dalej w las – raczej w krater – tym mniej happy endów. Moim zdaniem, gdzieś między szóstym a siódmym odcinkiem powinno być streszczenie Made in Abyss do tego momentu, aby potencjalny widz mógł w spokoju cieszyć się poważnym klimatem anime, a darował sobie nudny początek.

Czy polecę? Oczywiście, że tak! Seria jest świetna, pluję sobie w brodę, że tak długo z nią zwlekałem. Nie popełniajcie mojego błędu i pędźcie nadrabiać, jeżeli jeszcze jej nie widzieliście! A dla złaknionych dalszych przygód po pierwszym sezonie – zapowiedziano już drugi sezon, więc czekajcie cierpliwie.

Tyle ode mnie, oczywiście jak zwykle zapraszam na fanpejdż Leniwca! Ostatnio pojawia się tam coraz więcej ciekawostek!

%d bloggers like this: