Yuru Camp△ – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Świeże powietrze, otwarta przestań, zaśnieżona góra Fuji na horyzoncie… Piękna wizja, ale czegoś w niej brakuje… Rozłożony namiot, ciepły śpiwór, blask płonącego ogniska i dobre towarzystwo. Od razu lepiej. To wszystko da nam obraz świetnie spędzonego weekendu.

Ale skąd w Polsce weźmiemy górę Fuji?

Z takim pytaniem wcale nie muszą się kłopotać członkinie szkolnego klubu biwakowego. Wystarczy, że się odpowiednio przygotują, wykupią trochę drewna na opał, upieką pianki i życie staję się piękniejsze.

A co ma poradzić biedny Leniwiec? Zostaje mu jedynie obejrzenie Yuru Camp.

Fabuła:

Yuru Camp to seria w pewien sposób wyjątkowa. Swoim klimatem niejednokrotnie umilała mi długie, zimowe wieczory, fundując emocjonalne ciepło. Historia jest spokojna, bez jakiegoś większego wątku. Ot, co odcinek oglądamy przygotowania do kempingu czy sam wyjazd. Nie ma tam wybuchów ani pościgów – dokładnie tak jak w Natsume Yuujinchou. Jednak Yuru Camp nudzi, a Natsume nie. Dlaczego?

Wydaje mi się, że chodzi właśnie o brak konkretnego celu w tym anime. Nie ma jednej głównej drogi – jak, powiedzmy, w One Piece poszukiwanie legendarnego skarbu. W Yuru Camp każdy wyjazd jest metą takiej głównej ścieżki, a w następnym odcinku autor (bądź autorka, podpisuje się Afro, nie ma żadnych konkretnych informacji) kreuje ją od nowa. Łatwo więc przyzwyczaić się do jednego, powtarzanego motywu i powoli zacząć ziewać.

Kreska:

Yuru Camp oczywiście nie ma porównania do perełki z tego samego sezonu, jakim było Violet Evergarden, co nie znaczy, że wypadło brzydko. Zaczynając od tych nieprzyjemnych rzeczy: od malutkich dziewczynek. Gdy patrzę na zdjęcia z mangi, modele postaci jakoś wcale nie przeszkadzają, jednak przy oglądaniu anime przez pierwszych kilka odcinków byłem gotowy porzucić tę serię. Właśnie przez te urocze i słodziutkie aż do bólu bohaterki.

Zatrzymały mnie jednak wszelkie ujęcia pysznego jedzenia. Wielokrotnie robiłem się bardziej głodny niż przy oglądaniu Toriko. Naprawdę.

Jednak tym, co zasługuje na największe uznanie, są widoki, serwowane nam prawie co odcinek. Ogromne połacie terenu pokryte jedynie trawą, gdzieś tam daleko pojedyncze namioty, góra Fuji czy jezioro. Czasem zdarzy się nawet panorama miasta widziana z jakiejś pobliskiej góry. To robi wrażenie.

Muzyka:

Yuru Camp zapewni Wam dwanaście odcinków genialnej muzyki. Nie kłamię. Takeshi Takadera odpowiedzialny za soundtrack tej produkcji, zrobił coś niesamowitego. Zachwycam się tak przez to, że ścieżka dźwiękowa w anime została idealnie dobrana do klimatu, jaki zafundowała nam fabuła. Gdy włączam playlistę, mam ochotę spakować laptopa i wyjechać gdzieś w Bieszczady. Czy na inną Śnieżkę. Pod namiot i do gorących źródeł. No cud.

Opening i ending wcale nie wypadają gorzej. Prezentują sobą zupełnie odmienne klimaty: gdy czołówka jest bardzo pozytywna, taneczna – moim zdaniem pasowałaby nawet jako opening do Silver Spoona, tak na koniec twórcy zostawili nas z spokojna, melancholijną melodią. Włączając odcinek, dostajemy zastrzyk energii, aby na sam koniec móc maksymalnie się odprężyć.

Podobało mi się też, że czasem nie puszczano openingu, a jedynie muzyka leciała w tle wydarzeń z danego odcinka.

Bohaterowie:

Pierwszy raz zostawiłem postaci występujące w danej produkcji na sam koniec recenzji. Powodów jest kilka, ale skupie się na jednym. W Yuru Camp pojawia się naprawdę sporo postaci, a każda z nim ma zupełnie odmienny od innej charakter. Gdybym miał poświęcić chociażby cztery linijki na każdą z nich, post wyszedłby najdłuższy na blogu.

Poza tym tak naprawdę nie ma o czym pisać. Każda z bohaterek ma jakąś określoną cechę, na której została wykreowana jej postać. Takim sposobem Nadeshiko cały czas biega gdzieś w kadrze, zadaje mnóstwo pytań, podnieca się wszystkim nowym – w wielkim skrócie, jest nadpobudliwa do granic. Jej odwrotnością jest spokojna, opanowana i wycofana Rin. I tak opisać można wszystkie inne uczestniczki kempingów, a do końca serii nie następuje żadna drastyczna zmiana charakterów (próżno tu szukać Guilty Crown).

Ale warto wspomnieć o śmiesznej nauczycielce-alkoholiczce. Mimo że występuje ona w bodajże jedynie trzech odcinkach i tak zdobyła moją sympatię.

Leniwiec pod namiotem:

Zostałem pozytywnie zaskoczony Yuru Camp. Pomimo faktu, że momentami naprawdę przynudzała, nie żałują czasu poświęconego na te dwanaście odcinków. Myślę, że nic by mnie w tym czasie tak nie zrelaksowało, jak ta produkcja.

Zdecydowanie na plus zasługuje fakt, że Yuru Camp nie skupia się jedynie na podróżowaniu z jednego miejsca biwakowania do innego, gdzieś po drugiej stronie Japonii. Widz dostanie także podstawową wiedzę i instrukcje dotyczące kempingowania. Chociażby jak rozpalić ognisko, czy garść informacji o sprzęcie takim jak śpiwory lub namioty. Dla tych, którzy nigdy nie planują spać pod gołym niebem, autorzy przygotowali kilka porad kulinarnych, a w nich także przepisy na gotowe dania.

No i jeszcze dostaliśmy to:

Yuru Camp

Oh, my God

Nie zapomniano również o ciekawostkach dotyczących historii Japonii lub danych miejsc: świątyń, gór.

Zabrakło mi w Yuru Camp jedynie jakiegoś głównego celu, do którego dążyłyby bohaterki, a mi tak szybko nie nudziłby się powtarzany schemat. Jednak gdy myślę o tym anime, mam raczej pozytywne odczucia.

Jeżeli masz pod ręką koc, gorącą czekoladę, kawę, albo chociaż herbatę i odrobinę wolnego czasu, śmiało bierz się za oglądanie Yuru Camp!

Tyle ode mnie, zapraszam serdecznie na Fanpage, abyś nigdy nie przegapił nowego posta!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: