Dlaczego nie chcę wracać do Violet Evergarden – część druga

AnimeArtykułPopkultura

Written by:

Pora na drugą część tekstu o problemach anime Violet Evergarden. Ciąg dalszy moich narzekań na to, jak beznadziejnie zmarnowano potencjał tej serii. Jeżeli jesteście ciekawi, do czego się jeszcze można przyczepić – zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Antrakt nr 2

Po wielu reakcjach na pierwszą część tekstu zauważyłem, że niektórzy nie bardzo zrozumieli moje intencje co do niego. Przede wszystkim nie każdy przyjął do wiadomości, iż ten tekst nie jest recenzją w najmniejszym stopniu – sam już w nagłówku pierwszego akapitu to podkreślałem. Nie obejrzałem całości i nie wypowiadam się w oparciu o wszystkie kilkanaście odcinków. Od początku jedyne, co chciałem przekazać, jest to, że po seansie pierwszych pięciu epizodów, ochota na dalsze marnowanie czasu na Violet Evergarden kompletnie mi odeszła. Seria mnie znudziła, a wręcz miejscami zdenerwowała podjętymi decyzjami co do prezentacji bohaterów, czy przebiegu historii. Postacie mnie w większości albo irytowały, albo nie czułem wobec nich zupełnie niczego. Natomiast do napisania tego tekstu zmotywowały mnie dość wysokie oceny i ma on stanowić trochę kontrapunkt do nich, przedstawiając subiektywną opinię ze strony osoby, która jest do tego anime bardzo krytycznie nastawiona. Zauważyłem też, iż w swojej opinii nie jestem odosobniony. Jeżeli natomiast tobie – czytelniku, VE wydaje się najlepszą rzeczą pod słońcem, masz do swojego zdania pełne prawo. Prosiłbym jednak o jedną rzecz: każdą osobę, która chce podjąć polemikę z moim tekstem, proszę najpierw o dokładne jego przeczytanie (ze zrozumieniem!). Trafiały się opinie, w których wyraźnie widziałem, iż pomijane były w nich całe akapity tekstu, gdzie dokładnie uzasadniałem swoje zdanie.

 

violet-pisze

 

Odcinek trzeci – kiedy twórcy nie wiedzą, co robią

W poprzedniej części już zdążyłem napomknąć, jak bardzo bez sensu i logiki było wysyłanie Violet Evergarden do szkoły, tuż po narobieniu sobie szkód wizerunkowych. Jeżeli ten odcinek był planowany z wyprzedzeniem i autorzy doskonale wiedzieli, że ostatecznie chcą umieścić główną bohaterkę na kursie dla ghostwriterek, to nie rozumiem, dlaczego postacie poboczne nagle cierpiały na zbiorową amnezję. Z informacji, jakie nam przekazano, jest to bardzo renomowana i znana placówka, wydaje mi się więc, że jedną z pierwszych myśli, jakie powinny przyjść im do głowy, byłoby właśnie polecenie jej, aby tam się wpierw udała. Szczególnie po wszelkich informacjach, które o niej posiadali oraz interakcjach z protagonistką. Musieli zdawać sobie sprawę, iż nie nadaje się ona do tego, aby w jakikolwiek sposób obcować z klientami, o pisaniu listów nie wspominając.

Sam odcinek zaczyna się całkiem sprawnie. Mamy przedstawienie całej szkoły, dość oklepany motyw ze sztywną i wymagającą nauczycielką (choć przyznam, że zrealizowany dość sprawnie i nie otarli się o autoparodię), a także Violet zachowała się całkiem w stylu, jakim powinna. Plus ustanowienie istotnych postaci, tutaj jedna z koleżanek z kursu, także przebiegło w otwierającej scenie bez większych zgrzytów. Po czołówce niestety pojawia się jeden, który będzie nam towarzyszył aż do samego końca – kompletnie nieczytelny upływ czasu, jaki spędziła Violet na nauce. Ze strzępków informacji i dialogów wynika jakoby, był to drugi dzień kursu, ale „odprawa” od prowadzącej wygląda jakby, miał być to pierwszy. Także interakcje między bohaterkami bardziej przynoszą na myśl pierwszy ich kontakt ze sobą. Zresztą cały dalszy montaż z nauki lepiej by się moim zdaniem sprawdził, gdybyśmy mieli przekazane, że cała akcja rozłożona jest, na co najmniej kilka dni, bo wygląda, to niestety bardziej na przyśpieszony kurs niż coś zaoferowanego od renomowanej placówki. Natomiast już relacje między pracownikami, które w założeniach miały budować ich charakter, przyprawiają mnie o ból głowy. Nie ma to, jak nagle ustanowić, że dwójka bohaterów ciągle się ze sobą spiera ot, tak – bez żadnego podbudowy, po prostu wchodzą na plan i zaczynają drzeć koty bez powodu. Jeszcze gorszy jest w tym fakt, że nawet nie daje nam się tego posłuchać, a za wyjaśnienie sytuacji służy najnudniejsze, co może być w narracji – ekspozycja poprzez monolog. Nawet jakbym chciał polubić te postacie, to anime nie daje mi żadnego powodu do tego, abym czuł do nich coś więcej niż mix irytacji i obojętności wobec nich. Dodatkowo nie miało to żadnego znaczenia dla przebiegu tego odcinka, ani nie stanowiło istotniej z jego punktu widzenia informacji.

 

violet-autistic

 

Większych obiekcji nie mam natomiast do następnej sceny, gdzie Violet wraz z nowo poznaną koleżanką mają mały test z pisania listu. Jego przebieg jest taki, jakiego można się spodziewać, wszystko wygrane „in character”. Co prawda ta nowo wprowadzona postać cierpi na tę samą przypadłość, na jaką chorują pozostali bohaterowie drugoplanowi – czyli jest bardzo przezroczysta i nijaka, jednak w przeciwieństwie np. do Eriki, ma przynajmniej jakiś wewnętrzny konflikt, który jest zrozumiały i przekazany w jasny sposób. Daje to możliwość, aby gdzieś na tej emocjonalnej pustyni, znaleźć parę kropel empatii do niej. Szczególnie gdy pojawia się wątek jej brata i staje się dość istotny. W końcu widzimy coś, co miało szansę nie być pretensjonalne oraz powierzchowne w swoim „dramacie”, ale poruszono realny problem, a także pierwszy raz widzimy w nim wpływ wojny na życie ludzi, których dotknęła… co niestety i tak ostatecznie zmarnowano. Nadal irytuje mnie też fakt, że w państwie, które dopiero niedawno zakończyło prowadzenie gigantycznej wojny, które prawdopodobnie straciło niemały procent swoich obywateli oraz zasobów – praktycznie wpływ tego występuje w zdawkowych wzmiankach. Miasto jest czyste, wydaje się nie brakować jedzenia, po ulicach brak wałęsających się bez celu weteranów z problemem odnalezienia się w rzeczywistości poza konfliktem. Sprawia to, że świat przedstawiony wydaje się bardzo sztuczny, odrealniony, sprowadzając go do poziomu makiety, a nie „prawdziwego” miejsca.

I tutaj mamy pierwszy, bardzo duży zgrzyt w tym odcinku. Już wcześniej wspominałem, iż jest drobny problem z ukazaniem upływającego czasu, ale w momencie wręczenia dyplomów ukończenia kursu oraz specjalnych broszek – staje się on bardzo wyraźny. Ogólnie mam wrażenie jakby cała nauka, przypominam w prestiżowej szkole, trwała niecałe trzy dni. Raczej nie wydaje mi się, żeby zaledwie w przeciągu kilku dób, można by komuś przyznać takie wyróżnienie, nawet jeżeli wykazał się niebywałym talentem i emocjonalną wrażliwością. Byłoby by miło, gdyby, chociaż nam zasugerowano, iż trwało to znacznie dłużej, ale niczego takiego nam się nie przekazuje. Wręcz przeciwnie, jest nam wyraźnie sugerowane, że cała nauka trwała dokładnie tyle, ile się domyślamy. Narzekałem na skróty fabularne i braki w narracji już przy pierwszym odcinku, ale w tym miejscu przeskoczono rekina. Naprawdę nie trzeba było dużo – jedna dłuższa sekwencja, sprawnie zmontowana i z czytelnym sygnałem o mijających dniach, rozwiązałaby ten kłopot bez większego problemu. Zamiast tego marnowano nam czas, na nic niewnoszące interakcje między postaciami (ktoś mi wytłumaczy, po co wątek kłótni między współpracownikami Violet?), albo na długie, bardzo długie ujęcia stanowiące niczego więcej poza byciem benchmarkiem dla umiejętności animatorów z KyoAni. Sprawia to wrażenie, jakby historia jednocześnie niemiłosiernie się dłużyła, a z drugiej strony przeskakiwała nad istotnymi z punktu widzenia reżyserii, narracji oraz montażu elementami, by móc jednak dotrzeć do ważnych fragmentów opowieści. Ja doskonale rozumiem, że miał być to dopiero wstęp do kariery dla pań biorących udział w kursie, ale mimo wszystko wciąż nazbyt naciągane i nieprzekonujące.

 

violet-kurs

 

Pisałem, że koleżanka ze szkoły Violet ma jakąś historię, którą da się zrozumieć i jest przekazywana nam w nawet przekonujący sposób. Głównym moim problemem tutaj jest brak subtelności – emocje są prowadzone z ciężką ręką, bardzo topornie i łopatologicznie nam mówią, co dany bohater czuje. Za dużo tanich trików wyciągniętych wprost ze słabego melodramatu: każdy płacze na zawołanie, zachowanie postaci maksymalnie przerysowane (alkoholowa eskapada brata jednej z postaci jest bardzo, ale to bardzo przegięta) i jeszcze, aż nazbyt ckliwa muzyka, która nie podkreśla sceny, ale krzyczy do nas: „MASZ TUTAJ CZUĆ SMUTEK, PATRZ JAKA SMUTNA SCENA, WYCIŚNIJ Z SIEBIE ŁZY, BO SMUTEK!”. Może i bym coś poczuł, gdyby nie wiało to taką pretensjonalnością. Jednak przy tym, co się dzieje później, można powiedzieć, że widzieliśmy absolutne wyżyny scenariopisarstwa. Aby lepiej podkreślić, co się właśnie wydarzy, podsumujmy parę rzeczy: po pierwsze Violet jest byłą wojskową, po drugie ma problem z odczuwaniem emocji i przelewaniem ich na papier, a ostatnie kilka dni kursu tylko uwidoczniły ten problem, po trzecie jej koleżanka ma starszego brata, a ten również służył w wojsku, co więcej, przeżył w nim dość poważną traumę, która teraz nad nim ciąży. Mając te fakty na uwadze oto co następuje: Violet nagle pisze list, nie raport, nie suchy przekaz, ale prawdziwy list, gdzie przelewa uczucia znajomej na papier, po trzech dniach kursu (!), z którego nic tak naprawdę nie wyniosła (!!), co zresztą sama podkreśla. Bez żadnej pomocy siada do maszyny i pisze (!!!). Nie wiem jak Wy, ale ja jestem, co najmniej, skonfundowany tym rozwojem wydarzeń. Jeszcze, gdyby wcześniejsze sceny pokazały nam jakąś drogę Violet, że czegoś się jednak nauczyła, że w ogóle miała szansę cokolwiek jeszcze z tego zrozumieć i przyswoić…

Ostatecznie wszystko sprowadzono do jednej rozmowy, ba nawet bardziej do krótkiego monologu. Rozwój protagonistki jest wymuszony i sztuczny, gdzie mamy jakiś wstęp oraz zakończenie, ale nikt nie pofatygował się, aby jeszcze dodać do tego jakieś sensowne rozwinięcie. Po prostu *cyk* i bohaterka nagle umie subtelnie przekazać uczucia. A wiecie, co jeszcze mnie zdenerwowało? Można było tutaj tak pięknie użyć wojskowej przeszłości Violet, gdzie powiedzmy, że np. pożycza mundur od szefa lub pal sześć, może i we własnym stroju – podchodzi do brata tej koleżanki i najpierw go musztruje. Jak żołnierz żołnierza. Kiedy tamta, nie mogła się do niego przebić swoimi słowami, żeby może właśnie ugryźć ten problem od tej strony. Miałoby to większy sens, pokazywało, że, nawet jeżeli protagonistka ma problem z przekazywaniem uczuć, znajduje sposoby, by w swój własny, unikatowy sposób je z siebie wydobyć. Nawet napisanie listu w takiej formie, jak to próbowała wcześniej, czyli raportu, mogłoby być pomysłowo wykorzystane. Podkreślenie tego, iż powoli, ale jednak czegoś się uczy – w unikatowym stylu, wpisanym tylko w jej postać.

Zamiast tego całość problemu rozwiązano w dwie minuty. Jeszcze na końcu dostaje certyfikat i broszkę za ukończenie kursu. Serio? Zakończyć z powodzeniem, podkreślam, prestiżowy kurs, u najlepszych nauczycieli – w trzy dni, pisząc jedno zdanie. Fajnie tam mają.

Ostatecznie może i odcinek jest nieco mniej denny, niż go zapamiętałem po pierwszym seansie, ale sama jego druga połowa jest okropnym wyłożeniem się na twarz. Nadal zdania nie zmieniłem, że jest to jeden z najgorszych pojedynczych epizodów, jakie widziałem w ostatnich latach.

 

violet-scenariusz

 

Antrakt nr 3

Wiecie, co jest gorsze niż kompletnie bezpłciowa muzyka do anime? Kiedy ludzie mający do pracy z całkiem niezgorszym soundtrackiem, kompletnie zapominają, że nie powinien on konkurować z dialogami. OST Violet Evergarden jest naprawdę przyzwoity i towarzysząca mi muzyka przez te pięć odcinków nie sprawiała, że krwawiły mi uszy lub wiłem się po podłodze w konwulsjach. Słuchało jej się całkiem przyjemnie… ale problem w tym, że często poziomy głośności były wyjęte z polskich telenoweli. Muzyka po prostu próbowała zbyt mocno wyjść na pierwszy plan, w miejscach, gdzie przydałoby się trochę ciszy. Spora część, szczególnie tych bardziej emocjonalnych, dialogów została niepotrzebnie jeszcze „ubogacona” tak głośnym odtwarzaniem utworów, że same głosy bohaterów gdzieś się w niej gubiły. Uważam to za spory minus, bo o ile nie znam japońskiego, to jednak wciąż chcę doceniać pracę aktorów głosowych – tutaj mi w tym bardzo przeszkadzano. Nie mówiąc już o próbach podkręcania wydźwięku scen, często skutkujących czymś zupełnie odwrotnym i jak wspominałem wyżej, nie zostawiających wiele z subtelności. Widz nagle czuje się tak, jakby starano mu się wepchnąć cały ten smutek dosłownie w gardło. Sceny stają się ociężałe i toporne, a w momencie, gdzie co druga postać potrafi się rozpłakać na zawołanie – wchodzimy w nieplanowaną autoparodię.

Czasem natomiast używano muzyki, która sugerowała coś zupełnie innego, niż stanowił wydźwięk sceny, co już w ogóle było abstrakcyjnym doznaniem.

 

 

Odcinek czwarty i piąty – melodramat

Ogólnie rzecz biorąc z tymi dwoma odcinkami mam bardzo podobne problemy i w tym podpunkcie omówię je już wspólnie. No może zwracając uwagę na pojedyncze absurdy oraz głupotki, które po drodze się trafiały. Jedną z nich jest np. fakt, że właściwie nie wiem, czym się ekscytowała Iris, gdy mówiła o tym, jak bardzo chce pokazać swój „uniform” rodzinie i przyjaciołom. No fakt, jej ubranie wygląda na dość drogie i schludne, ale poza tym nie wyróżnia się jakoś specjalnie. Pracownice eie mają żadnego przewodniego stylu, jaki mógłby je wyróżniać i na pierwszy rzut oka mówić: tak, to są ghostwriterki. Biorąc kontekst tego, kim protagonistka wcześniej była przez lwią część swojego życia – sprawienie, że te stroje byłyby w pewien sposób standaryzowane, mogłoby całkiem przyjemnie zadziałać. Wiem, że mogę na tym etapie brzmieć, jakbym narzekał, bo „twórcy nie zrobili czegoś, tak jakbym sam chciał, aby wyglądało” – z mojej perspektywy wygląda to w ten sposób, że dostajemy festiwal niewykorzystanych szans i potencjału na zrobienie czegoś ciekawszego. Można było wprowadzić mnóstwo unikatowych elementów, ale z jakiegoś powodu nawet nie próbowano. Efektem tego jest fakt, iż jakość scenariusza waha się od okropnie skopanego, do co najwyżej znośnie przeciętnego.

Wciąż także, niestety, przewija się, co najwyżej gadanie o wojnie i jej skutkach, bez żadnego, chociaż zdawkowego, pokazania tego widzom. Jest to absolutnie frustrująco nudne. Zostając jeszcze w klimatach budowy świata – nie wydaje Wam się, że rodzinne strony Iris są nieco zbyt „egzotyczne” w stosunku do miasta i reszty architektury, ubrań etc. jakie tam mogliśmy obserwować? Krótka podróż pociągiem z czegoś, co przypominało może południowe wybrzeże Francji, trochę międzywojennej Anglii z pewnymi elementami Imperium Niemieckiego, do krainy wyraźnie bardziej przypominającej okolice może Pakistanu, czy zachodnich Indii lub nawet nieco Półwyspu Indochińskiego jest nieco naciągane. Rozumiałbym kolonie i te sprawy, ale wydaje mi się, że z tych informacji, jakie nam dawkowano, ten kraj powinien być bardziej zwarty i spójny klimatyczni oraz kulturowo, bo te zmieniły się tutaj bardzo radykalnie. Bzdury z kolejnego epizodu już podsumuję dwoma zdaniami: wysłali niedoświadczoną, nieumiejąca operować dobrze emocjami i subtelnościami Violet do napisania listu… dla cholernych rodzin królewskich, gdzie na szali stoi pokój i stabilność regionu. Dodatkowo wysłali ją tam samą. Myślę, że to powinno być ostatecznym dowodem tego, że scenarzyści nie bardzo wiedzieli, co robili. Chociaż domyślam się, co na to mogło wpłynąć. Otóż pierwsze odcinki są fillerami, tak – pierwsze pięć odcinków rozgrywa się przed akcją z light nowel i moja teoria brzmi: ludzie odpowiedzialni za historię bali się zaryzykować. Nie chcieli wprowadzać radykalnych zmian, czy istotnych elementów, które mogłyby później pociągnąć za sobą kolejne potrzebne poprawki do oryginalnej historii. Oczywiście są to tylko moje, niczym niepodparte przypuszczenie, ale z przebiegu akcji i wiejącej nudy z odcinków – myślę, iż prawdopodobieństwo tego może być wysokie.

(Mała jeszcze złośliwość na marginesie, zanim przejdę do opisania mojego głównego problemu z tymi odcinkami: nie wydaje wam się, że Major był zwykłym pedofilem, biorąc pod uwagę wiek Violet? Geez, teraz ma czternaście lat dopiero, a co dopiero wcześniej. Brr. Also – świat przypominający Europę z początków XX wieku, a na polu bitwy armaty z czasów przynajmniej napoleońskich, lol.)

violet-wojna-2

 

Ja jak zwykle poświęcam więcej miejsca, niż powinienem na dygresje i tekst znów się rozrasta do absurdalnych rozmiarów. Nie przedłużając więc już bardziej, przechodzę do meritum. Moim głównym problemem z tymi dwoma odcinkami była ilość dramy, jaka się wylewała z ekranu. Łzy płynęły niemal bez przerwy, kolejni bohaterowie niczym w domino rozklejali się jeden po drugim, w większości scen często zupełnie niepotrzebnie podkręcano to do takich wyżyn, że sam już nie wiem, czy wszystkie one były pisane zupełnie na serio. Same problemy są zupełnie przedramatyzowane, a postacie, zamiast ze sobą porozmawiać, w większości scen na siebie tylko krzyczą i mają pretensje, by po zwykle jednym magicznym liście, nagle wszystko się ułożyło jak w bajce. Przypomina mi to w swojej strukturze seriale paradokumentalne, one korzystają z dokładnie tych samych tropów: błahe rzeczy wywindować do absolutnie niebotycznych rozmiarów, ścierać ze sobą bohaterów i nie pozwalać im prowadzić normalnych dialogów, a następnie rozwiązać całość w maksymalnie skrótowy oraz niesatysfakcjonujący sposób. Schematyczność, pisanie pod jeden szablon i trzymanie się go z odcinka na odcinek stawało się tak wyraźne, że gdy nawet nadszedł pewien plot-twist na zakończenie epizodu piątego – ja byłem już zbyt zmęczony i zbyt zniesmaczony tą serią, aby kontynuować jej oglądanie. Właściwie, to jak odbierałem te odcinki, idealnie pokazuje ten skecz poniżej. Szczególnie fragment od 1:33 – totalnie w punkt.

 

 

Antrakt nr 4

Na pewno jednak złego słowa nie mogę powiedzieć o oprawie wizualnej. Spora część osób narzekała na nadmiernie użycie efektu rozmycia, ale mi on osobiście nijak nie przeszkadzał. Projekt postaci, cała estetyka (nawet jeżeli nie do końca wszystko łączyło się ze sobą w spójne przedstawienie świata) i otoczka wyglądały naprawdę imponująco. Od strony czysto technicznej, sama animacja także robiła wrażenie – scen sakugi nie było zbyt wiele, ale sposób, w jaki poruszały się same postacie, drobne gesty i mowa ciała, nadrabiały z nawiązką. Wiele osób nie zwraca na to uwagi i brak super efektownych scen akcji powoduje, że równie dobrze mogliby patrzeć na pokaz slajdów, bo wszystko, co nie wybucha i nie niszczy planet, jest „słabą” animacją. Osobiście bardzo sobie cenię właśnie te drobne elementy i szczegóły. Więc hej, w końcu za coś pochwaliłem, to anime. Jeej.

(Żeby nie było już tak słodko – nadal nie potrafię kupić oczu postaci od KyoAni. Aż nazbyt się błyszczą, przez co przypominają szklane kulki, a nie organiczny element ciała. Jednak to już tylko moje osobiste odczucia)

 

 

Podsumowanie

Uff, to był długi tekst. Obie jego części. W sumie wyszło z tego niecałe dziesięć stron, w których starałem się jak najlepiej przekazać swoje odczucia w stosunku do Violet Evergarden. Nie będę ukrywał, że nieco wzorowałem się w nim na YouTuberze publikującym materiały pod pseudonimem Cinema Sins i stanowił on pośrednią inspirację do jego napisania. Z drugiej strony, odkąd porzuciłem oglądanie tego anime, miałem sporą ochotę na zebranie wszystkiego, co mi w nim nie pasowało w jednym miejscu i może sprowokowanie innych do dyskusji na ten temat. Jest to w sumie mój pierwszy tak długi, bardzo krytyczny przekaz – co stanowiło miłą odmianę po recenzjach i generalnie pozytywnych esejach na temat Mob Psycho 100, czy FLCL.

Na sam koniec jeszcze raz chcę podkreślić – to nie jest recenzja i nie traktujcie w tych kategoriach mojej opinii tutaj wyrażonej. Mam także nadzieję, że zobaczymy się w kolejnych, już pewnie bardziej optymistycznych wpisach. Dziękuję za uwagę.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: