Dlaczego nie chcę wracać do Violet Evergarden – część pierwsza

AnimeArtykułPopkultura

Written by:

Violet Evergarden? Bardziej Violet Mehgarden. Czyli kilka słów o tym, jak urwać kurze złote jajka – ta seria miała wszystko, aby stać się czymś ciekawym, a ostatecznie nie wyszło z tego nic wartego uwagi. Dlaczego, nawet jeżeli to anime spotkało się raczej z pozytywnym odzewem, dla mnie jest jedną z gorszych pozycji tego roku? Tego dowiecie się, czytając poniższy artykuł. 

 

To nie jest recenzja

Czekałem na Violet Evergarden. Może nie wskakiwałem na pociąg wysokich oczekiwań, ale i tak bardzo byłem ciekaw, co przygotowało tym razem KyoAni. Grafiki promocyjne, materiały przedpremierowe, czy opinie ludzi, którzy mieli okazję widzieć pierwsze odcinki udostępniane na branżowych imprezach, napawały optymizmem. Jednak, kiedy już zasiadłem do oglądania jedyne, co czułem, to olbrzymie rozczarowanie – na chwilę obecną, chyba największe w tym roku. Poniższy tekst jednak nie jest recenzją, nie obejrzałem całości. Nie miałem sił męczyć się z tym, co już zobaczyłem po pięciu odcinkach i nawet jeżeli w dalszych epizodach magicznie VE zmieniło się w arcydzieło scenariopisarstwa – nie obchodzi mnie to. Miałem tego dość i chcę tutaj wyrazić swoją opinię na temat tego, co poszło nie tak oraz ile niewykorzystanych szans, aby zrobić coś ciekawego z tym anime, spektakularnie zaprzepaszczono. Nie będę rozbierał jednak wszystkiego na części pierwsze, chcę się skupić na najbardziej bolących mnie elementach.

Aha – uwaga na nisko latające spoilery, duh!

violet-eve-1

 

Odcinek pierwszy – Violet Eve… kto?

Nie mam problemu z wycofanymi, czy bardzo stoickimi emocjonalnie postaciami w anime. Ba, można tym konceptem naprawdę pobawić się na wiele intrygujących sposobów: w Mob Psycho 100, czy One Punch Man – autor tych dwóch pozycji udowodnił to znakomicie. W pierwszej z nich odcięcie się od uczuć było świadomą decyzją podjętą w celu ochrony otoczenia, a w drugiej rozegrano już to na zupełnie inny sposób, tworząc jeden z lepszych komediowych gimmicków ostatnich lat. Całkiem ciekawym podejściem wykazano się też np. w Kino’s Journey. Tam główna bohaterka stara się pozostawać neutralna wobec odwiedzanych miejsc i tego, co tam obserwuje tak, że one same stają się głównymi bohaterami. Z drugiej strony mamy również protagonistów, którzy przeżyli więcej, niż powinni w czasie, jaki już spędzili, chodząc po ziemi. Mierząc się z wieloma nękającymi ich traumami, czy bolesnymi wspomnieniami. Ostatnio dostaliśmy np. bardzo sprawnie poprowadzony i angażujący wątek radzenia sobie z nimi w Mahoutsukai no Yome – nie ukrywam, że sam nie raz uroniłem tam łezkę, czy dwie przy części scen.

 

W Violet Evergarden starano się jednak połączyć zarówno braki na planie emocjonalnym ze strony bohaterki wraz z wojenną traumą, jaką (przynajmniej w teorii) przeżywa. I jest to jednocześnie jeden z moich pierwszy zarzutów. Próba przeszczepienia silnych bodźców, jakie wywołują obrazy wojny u żołnierzy, stres, strach i inne silne emocje z tym związane do postaci, która z drugiej strony ma być pozbawiona wszelkiego zrozumienia dla nich – jest dość karkołomnym wyzwaniem i wymaga bardzo starannego podejścia. Niestety KyoAni tutaj nie podołało, bo tak też otrzymaliśmy postać, która bardziej jest ładnie opakowanym kawałkiem kartonu. Violet to bardzo płaska i wyprana nie tylko z uczuć, ale i z jakichkolwiek niuansów postać. Niby starano się nas przekonać do tego, że jednak coś się tam za tą „maską” dzieje, ale wszystko jest tutaj puste i powierzchowne, często wręcz melodramatycznie. Nieudolnie starające się na nas wywołać jakiekolwiek wrażenie. Brak tutaj konsekwencji, spójnej wizji i pewnej dozy subtelności, co do tego, w jakim stopniu Violet rozumie własne emocje. Niekiedy wygląda to tak, jakby za kulisami siedział ktoś nad „włącznikiem” uczuć i w losowych momentach go przełączał ze stanu „on” na „off”. Dodatkowo jej manieryzmy, jakie wyniosła z wojska nie stanowią nijak integralnego elementu charakteru i budowania postaci – są właśnie tylko pustymi gestami, które mają nam od czasu do czasu przypominać o jej przeszłości. To wszystko jest używane tylko, jako wygodny substytut lepszego zarysowania postaci i droga na skróty. Element używany bądź też nie – w zależności, czy akurat Pan Scenarzysta go potrzebował. Poza okazjonalnym salutowaniem i niekiedy pewną sztywnością nie ma właściwie nic więcej. Wydawałoby się, że dziewczyna od lat szkolona na super-żołnierza i przez lwią część życia podlegająca wojskowemu rygorowi będzie bardziej się tym wyróżniać. Tymczasem sprowadzono, to do tego, że bierze pewne rzeczy zbyt dosłownie, a innym razem potraktuje jak rozkaz… i tyle. Ale do tego jeszcze wrócę, bo jest jeden moment, który zirytował mnie w tym elemencie najbardziej.  

 

Z pierwszego odcinka chciałem jeszcze poruszyć jedną rzecz – dlaczego nasza bohaterka właściwie nazywa się Evergarden? Tak wiem, została adoptowana, bla, bla, bla. Jednak w tym samym epizodzie, po zaledwie krótkiej wizycie w rezydencji jej dobrodziejów, przy spotkaniu następnych bohaterów przedstawia się właśnie nowo nabytym nazwiskiem. Dlaczego? Jest to poprowadzone tak nienaturalnie i skrótowo, że od razu stanęło mi cierniem w boku. Violet dosłownie odrzuca tę adopcję, opuszcza „niedoszłych dobrodziejów” po wymienieniu dwóch zdań na krzyż, aby żyć samodzielnie… ale jednak nie przeszkadza jej, to w tym, by posługiwać się ich mianem. Tak jakby pomiędzy jedną sceną a drugą miało być jeszcze przynajmniej z dwa odcinki, których ktoś zapomniał napisać. Ewentualnie istniały, przyszedł jednak księgowy i powiedział, że nie mają pieniędzy na ich realizację i trzeba to skrócić. A może to po prostu z lenistwa ludzi odpowiedzialnych za scenariusz? Nie wiem, jednak jest to spore przeoczenie i z pewnością nie świadczy dobrze o tym, jak wyglądały prace nad historią do VE.

 

ve-2

 

Antrakt nr 1

Jeszcze w sumie chciałem się odnieść także do tego, jak wygląda sam świat. Nie kupuję w ogóle faktu tutaj istnienia mechanicznych rąk. Przy Fullmetal Alchemist budowa jeszcze całego uniwersum, istnienie swego rodzaju magii w postaci alchemii, uzasadniało istnienie tak zaawansowanej protetyki. W większości steam-punkowych dzieł zawsze mechanika działania zaawansowanych maszyn jest w pewien sposób wytłumaczone mechanizmami rządzącymi danym światem. Tutaj po prostu ktoś uznał, że metalowe ręce są cool, a że w ramach otoczenia nie mają najmniejszego sensu, to już inna sprawa. Dookoła nie widać nic, co mogłoby ich obecność usprawiedliwiać. Nie dość, że przez ten czas, który oglądałem to anime, jest jedyną osobą posiadającą tak zaawansowaną technologię przy sobie, to jeszcze wszystko obok niej wygląda jak wyjęte jeden do jednego z okolic I Wojny Światowej. Nawet elektryka wydaje się tutaj wciąż niezbyt szeroko rozpowszechnioną nowinką. Projekt samochodów, pociągów itp. itd. Jest anachroniczny i mocno utwierdzony w realizmie. Tym sposobem ręce protagonistki są kompletnie bezsensowne i doczepione do całości „na siłę”, bo komuś wydawało się, że to wygląda cool.

Tak samo, jak przy niekonsekwentnym podejmowaniu zachowania Violet w kwestii jej militarnej przeszłości – tak i tutaj fakt, iż jest w pewnym zakresie kaleką, nie ma żadnej spójności. Raz widzimy, że ma problemy przy codziennych czynnościach, a w innych scenach zupełnie to znika i protagonistka zachowuje się i działa jakby miała całkowicie sprawne ręce.

 

magiczne ręce

 

Odcinek drugi – wy to tak na serio?

Pomijam już fakt, że główna bohaterka w pierwszej scenie trafia do Majora, jako podarek od jego brata – w sumie mogłoby być to ciekawie poprowadzone, gdyby wcześniej dano nam znać, że istnieje tutaj instytucja niewolnictwa. Ponownie muszę tutaj podkreślić, że jak dla mnie brakuje tutaj przynajmniej dwóch odcinków, które mogłyby nam lepiej nakreślić realia tego świata. Gdzieś w tle wspominana jest niby wielka wojna, ale poza tymi drobnymi wymianami zdań zupełnie nie widać efektów jej działania. Życie toczy się, jakby nic nigdy złego się nie wydarzyło. Nie ma wałęsających się po ulicach weteranów, niemogących znaleźć sobie miejsca, nie widać skutków społecznych takiego konfliktu. Wszystko wydaje się czyste i sterylne, wręcz sielankowe niekiedy. Była wojna? Meh, minęła. Przestawiamy wajchę i wszystkie problemy przez nią spowodowane znikają sobie ot, tak w parę miesięcy, czy tam tygodni od zakończenia walk.

 

Jednak najlepsze tutaj jest to, że Violet – przypominam, niemająca pojęcia o uczuciach, po jednej swojej prośbie dostaje posadę, jako ghostwriterka listów. W pracy, gdzie wyczucie emocji jest niezbędne. Bohaterka, która nie ma zielonego pojęcia jak z nimi sobie radzić, czy odczytywać. Ja rozumiem, że jej szef ma dług wdzięczności wobec Majora i chce go spłacić, ale istnieją pewne granice… tym bardziej, iż później ten ruch okazuje się jeszcze bardziej bezsensowny wobec nowych okoliczności, o których bohaterowie doskonale wiedzieli. Jednak na razie zostawiam ten smakowity kąsek do wyśmiania na później. Zamiast tego chciałbym się tutaj odnieść do tego, jak słabe, nudne i zwyczajnie irytujące są postacie tła. Po pierwsze Erica – geez, co tutaj z tą postacią się stało najlepszego? Wróć, dlaczego z nią niby coś miało się dziać, ale ostatecznie nic istotnego się nie wydarzyło? Miała  w tym odcinku przejść pewną drogą, przynajmniej tak odczytuję zamierzenia autorów z przebiegu akcji. Jednak koniec końców, to Violet jest przy niej emocjonalnym wulkanem. Postać jest to okropnie pasywna i pozbawiona charakteru jak to tylko możliwe. Właściwie można by ją wyciąć i postawić kukłę, ta spełniłaby tę samą funkcję. Nie wnosi ona do historii zupełnie nic ani jej własna w żaden sposób angażuje – pointa do niej, po prostu nagle wyskakuje nam na zakończeniu i odcinka, zostawiając totalnie skonfundowanych o to, gdzie zniknęły wstęp i rozwinięcie do jej personalnej historii. Co więcej, jej wpływ na Violet jest znikomy ani nie zbliża jej do zrozumienia, „co oznacza miłość”. Pomijając już to, ale czy każda pracująca tam ghostwriterka musi być tępą lafiryndą traktującą pozostałych współpracowników z wyższością? Serio, one zachowują się wobec innych tak, jakby tamci byli powietrzem. Zrozumiałbym, gdyśmy mieli okazję pobyć z nimi dłużej niż parę minut i poznać lepiej interakcje między nimi, ale jak na pierwsze wrażenie, mam o nich wszystkich fatalne zdanie – myślę, że miało to wyglądać na zwykłe biurowe przekomarzania. Po połowie drugiego odcinka anime zdążyło mi obrzydzić jakieś 80% bohaterów drugoplanowych. Niezłe osiągnięcie, tym bardziej że raczej nie taki był chyba plan. Jeszcze lepiej, że te bardziej istotne współpracowniczki Violet jedyne, co robiły tutaj to: jęczenie, narzekanie oraz obgadywanie za plecami.

 

księżniczki

 

Oglądanie dalszych interakcji Violet z klientami, to jest prawdziwy cringe. Profesjonalne, popularne biuro, które ma sporą renomę na rynku, pozwala sobie na to, aby jedna postać, która nawet nie ma kwalifikacji, tam przebywała, odstraszała klientów oraz komentowała pracę profesjonalistów. Jeszcze lepiej – dają jej możliwość, po jednym dniu obserwowania innych, napisać list. Bez przygotowania, bez sprawdzenia, czy wie, o co chodzi w jej roli. Dodatkowo mając nad sobą drugą ghostwriterkę, która powinna kontrolować to, co protagonistka pisze… ale tego nie robi. Dlaczego? Ani ja nie wiem, ani pewnie autorzy scenariusza. W teorii miało pewnie podkręcić dramatyzm oraz dać Erice przestrzeń do rozwoju tej postaci, w praktyce wyłożyło wszystko na twarz. Zastanawiam się też, dlaczego ta klientka ukrywała przed nimi swoje prawdziwe uczucia, gdy chciała je i tak w swoim liście przekazać – #kobiecalogika? Nie musiała tego robić, w końcu i tak dla pracownic biura była całkowicie anonimowa i widać, że zależało jej na zawarciu swoich prawdziwych uczuć w tekście, zamiast tego postanowiła z jakiegoś powodu je ukryć. Co więcej – nawet nie przeczytała listu po jego napisaniu przez Violet ani nikt inny go nie sprawdził i pozwolono, by wysłać go tak, jak został wklepany na papier. Ja się zastanawiam, jakim cudem? Gdzie tutaj sens, gdzie logika?

Na koniec jeszcze wisienka na torcie. Coś, przez co o mało nie spadłem z krzesła, oglądając to po raz pierwszy. Okazuje się, że istnieje specjalna szkoła, która zajmuje się szkoleniem przyszłych ghostwriterek. I wszyscy bohaterowie poboczni doskonale o niej wiedzieli, jednak nikt nie zaproponował Violet, żeby najpierw z niej skorzystała. Nikt nawet nie napomknął o jej istnieniu, nikt dosłownie nawet przez moment nam nie dał sygnału, że może jednak powinni protagonistkę najpierw tam wysłać. Szczególnie iż od początku doskonale wiedzieli o jej brakach i totalnym nieprzygotowaniu do roli, jaką chciała wypełnić. Z perspektywy czasu myślę, że właściwie scenarzyści sami nie wiedzieli o istnieniu takiej instytucji i wrzucili ten koncept ad hoc. Jak większość rzeczy w tym anime zresztą sprawia takie wrażenie wprowadzanych bez przemyślenia, papka różnych elementów pozbawionych ładu i wcześniejszego planowania. Jest to dość dziwne, bo KyoAni zwykle słynęło z bardzo dobrych fundamentów w tym aspekcie, a taki K-ON uchodzi nawet za wersję lepszą i znakomicie pełniejszą niż jego oryginał.

 

Violet Evergarden

 

Koniec części pierwszej

Tutaj jednak przerwę na chwilę, aby kontynuować mój wywód w następnej części. Wraz z właścicielem bloga zdecydowaliśmy, ze względu na planowaną jego długość – podzielić, go na dwie części. Tym bardziej że na odcinek trzeci chcę poświęcić naprawdę dużo miejsca, bo jest na co narzekać i o czym mówić, niestety głównie w negatywnym kontekście. Od razu zaznaczam, że jak dla mnie, to jeden z najgorszych pojedynczych epizodów, jakie miałem okazję oglądać w ostatnich latach – tak złego prowadzenia historii oraz kompletnego braku zrozumienia, z jaką postacią pracują, nie korzystając z możliwości, jakie daje jej przeszłość, dawno nie widziałem i pewnie jeszcze długo nie zobaczę.

%d bloggers like this: