[+18] Goblin Slayer – Tom I Recenzja

MangaPopkultura

Written by:

Na samym początku chciałbym napisać, że manga Goblin Slayer, którą recenzuje, jest pozycją dla dorosłych czytelników. Gatunek to SeinenDark Fantasy, zawiera dużą dozę przemocy, krwi, scen ecchi (i żeby to było tylko ecchi!)

Oczywiście to tylko formalne ostrzeżenie dla potencjalnych młodszych odbiorców, ale jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej.

Będąc w tym miesiącu na Warszawskich Targach Książki, zwiedzając, odwiedziłem przy okazji stoisko studia JG w celu nabycia paru nowości. W tym także i mangę Goblin Slayer od wydawnictwa Osiem Macek spod szyldu wyżej wymienionego studia (Dobrze to rozumiem, aby nie podpisywać się pod niektórymi pozycjami, wymyślili sobie kozła ofiarnego?).

Pozycję obserwuję od ponad roku na angielskojęzycznej stronie Internetu, więc nie jest dla mnie żadną nowością, zresztą dla większości z Was pewnie też nie. Długo wyczekiwałem pojawienia się jej na polskim rynku. I jest! Pragnienia zostały wysłuchane, Studio JG otrzymało licencję! Jak tu już jestem, od razu ich pochwalę, jak dla mnie wykonali bardzo dobrą robotę – zarówno tłumaczenia, jak i samo wydanie. Oczywiście bazuje ten osąd tylko na I tomie, czas pokaże, co będzie dalej.

Autorem pierwowzoru, czyli standardowo Light Novel jest Kumo Kagyu. Mangę narysował Kousuke Kurose, a za koncepty postaci odpowiada Noboru Kannatuki. Niestety nie czytałem novelki, więc nie mam za bardzo odniesienia, ale po tym, jak pierwszy raz zobaczyłem konstrukcję mangi, śmiało  zaryzykuje i napiszę Wam, light novel musi być naprawdę niezłe i jak złapię jakieś dłuższe wolne od pracy, to priorytetowo przeczytam.

 

Goblin Slayer = Prosta fabuła = Recepta na sukces?

Fabularnie przypomina mi to trochę grę Diablo, bohater zwiedza różnego rodzaju czeluści i zabija wszystko, co się mu napatoczy. Jeśli chodzi o „wszystko”, to mam tu na myśli gobliny i ich różne podgatunki, klasy. Te małe, wredne skurczybyki w innych fantasy byłyby po prostu manekinami do bicia. Jednak w mandze Goblin Slayer nie jest tak kolorowo. One są jak plaga, której istnienie polega na tym, by zabijać, niszczyć, grabić i gwałcić. Dlatego też poszukiwacze przygód na gobliny polują.

Tytułowy Goblin Slayer, jako bezimienny bohater – poszukiwacz przygód rangi srebrnej nie obrał sobie za cel tych potworków bez przyczyny. Jest to typowy prosty schemat zemsty. Kiedy był jeszcze dzieckiem, jego wioska padła ofiarą goblinów, wszyscy bliscy zostali zabici na jego oczach, a on sam ledwo przeżył. Poprzysiągł zemstę i za ścieżkę życiową obrał sobie fanatyczne mordowanie wszystkich szkodników, jakie napotka.

Charakterystyczną cechą tej pozycji jest nacisk na realizm. Fakt, faktem to nadal Fantasy i mamy tu magię oraz, o ile można je tak nazwać, magiczne stwory. Jednak wszystko ma swoje ludzkie granice. Jeden błąd i jedna postać drugoplanowa mniej. Wszyscy krwawią, tracą ekwipunek i widać bardzo dobrze nawet zmęczenie czy rozpacz. Nie jest tu wyjątkiem protagonista, chociaż i tak niewzruszony ścieli trupy gęsto.

 

Tom I – początki bywają trudne

Na samym początku zostaje nam przedstawiona drużyna czterech poszukiwaczy przygód rangi porcelanowej, czyli po prostu żółtodziobów, którzy zaczynają swoją przygodę. Niestety nie będąc niczego świadomi, wybierają zadanie oczyszczenia siedliska goblinów. Nieprzygotowani bohaterowie z dużymi brakami zarówno w pracy zespołowej, jak i doświadczeniu bojowym, zostają zaskoczeni przez te małe plugastwa i dla ¾ drużyny przygoda się w tym miejscu kończy. Cała pozostaje tylko protagonistka — kapłanka i to tylko dlatego, że tytułowy Goblin Slayer hobbystycznie akurat zwiedzał właśnie tę jaskinię.

Protagonista pokazuje prawdziwą sztukę walki w ciemności. Z łatwością dziesiątkuje wszystkie napotkane gobliny na różnorakie sposoby, przy okazji doszkalając ocalałą w sztukach przetrwania. Po powrocie do miasta, nic już nie powinno być takie same. Bohaterka jednak się nie poddaje i zamierza pomóc Goblin Slayerowi w jego świętej misji oczyszczenia świata ze zła.

Oprócz tego w mandze przewija się wielu bezimiennych bohaterów pobocznych. Połowa z nich to po prostu ofiary, które posłużą za karmę dla goblinów. No, ale występują też wyjątki. Jednym z nich jest przyjaciółka Goblin Slayera, u której bohater pomieszkuje. Stara się ona ze wszelkich sił, by pomóc mu przezwyciężyć psychiczny uraz z dzieciństwa. Nasz bohater oczywiście nawet o tym nie chce słyszeć, bo woli zabijać gobliny.

 

Strona Techniczna i Wizualana

Na Tom I składają się tylko IV rozdziały oraz dodatek specjalny w formie tekstu. Niestety, prawie nie ma tu numeracji stron (nosze okulary, pewnie jestem ślepy), ale jest ich po manualnym liczeniu 182. Wersja angielska twierdzi, że ma 192, nie wygląda też, by czegoś brakowało, dziwne. Jest to oczywiście bardzo mała ilość w porównaniu do ceny sugerowanej. Nadrabia jednak jakością, która jest po prostu wyborna.

Okładka mangi jest biała i przód obwoluty jest pięknie ilustrowany w postać Goblin Slayera w pełnym uzbrojeniu oraz kapłanki. Na ilustracji znajdziemy oczywiście nazwę zarówno angielską, jak i polską, numer tomu, nazwiska autora pierwowzoru, a także wcześniej wspomnianych grafika oraz projektanta postaci. Z tyłu mamy wizerunki goblinów. Trailer fabuły I tomu oraz motto ‘’He does not let anyone roll the dice’’.

Pod obwolutą znajduje się okładka właściwa, na której mamy easter egg, serię mini komiksów o panu zabójczyku, czyli Goblin Slayer w wersji chibi. Nie są za specjalne.

W środku pierwsze strony są kolorowe, pisałem to już wcześniej, ale kreska jest po prostu wybitna. Nasycenie koloru podkreśla, że mamy do czynienia naprawdę z mrocznym światem. Obserwuję i czytam bardzo dużą ilość mang, ale praca Kousuke Kurose będzie chyba jego opus magnum. Wszystko jest spójne i wyraźne nawet w przypadku bardzo chaotycznych, pełnych akcji slajdów. Rozdziały są świetnie podzielone, a prostota powoduje, że nie da się w tej mandze zgubić.

Na sam koniec zostaje posłowie, które mamy na skrzydełku. Mangaka i autor nie są zbyt wylewni, ale to jak dla mnie bardzo dobre podejście.

A na samym krańcu opowiadanko bonusowe. W sumie to nic ciekawego.

 

Podsumowanie

Wszystko, co chciałem, już zostało napisane. Zapomniałem dodać: nie przepadam za ecchi, a tym bardziej występującej w tej pozycji hardcorowej odmiany. Pomimo tego pozycja trafiła w mój gust, bo jest unikalna. Mam nadzieje, że trafi i w Wasz oraz że znajdzie odbiorców nie tylko pośród fanów mangi czy anime.

Saga to najlepsza herbata

Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać na II tom zmagań Goblin Slayera!
Pozdrawiam Was i oczywiście zapraszam do polubienia Leniwcowego Facebooka!

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Paweł MiRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paweł Mi
Gość

Wyborna jakość to jest Berserk albo Saga winlandzka – a Goblin Slayer to badziew i scenariuszowy, i rysunkowy. Na dodatek mikroskopijny format…

%d bloggers like this: