Orange – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Gdybyś mógł napisać list do siebie sprzed kilku lat, co byś w nim zawarł? Jakie rady udzieliłbyś samemu sobie? Czy chciałbyś też… Zmienić swoją przyszłość?

Pewnego dnia Naho otrzymuje właśnie taki list. Adresowany do niej, od niej samej, ale starszej o wspomniane dziesięć lat. Szybko okazuje się, że jego treść to nie przelewki. Bohaterka staje przed poważnym wyzwaniem: za wszelką cenę nie może dopuścić do pewnych wydarzeń. Niektóre musi również rozegrać zupełnie inaczej, gdyż na pewno będzie tego żałować w przyszłości.

Głównym tematem listu jest chłopak, nowy uczeń, który właśnie przeprowadził się wraz z mamą do rodzinnego miasta Naho – Kakeru Naruse. Pierwsze linijki listu mówią: „Pod żadnym pozorem nie zapraszajcie ze sobą Kakeru”.

Co to może znaczyć? Dlaczego niby mieliby go nigdzie nie zapraszać? Przecież właśnie się poznali i chcą miło spędzić czas. Zresztą, ten list może być zwykłym żartem. Co jednak się wydarzy, gdy Naho postanowi zignorować tę przestrogę?

 

Fabuła:

Fabuła Orange skupia się głównie na poprawianiu przyszłości. Szybko okazuje się, że list nie jest żadnym głupim żartem, a faktycznie zawiera w sobie informacje dotyczące przyszłości. Tak oto zaczyna się walka z rzeczywistością, aby tylko uniknąć tragedii, która zbliża się wielkimi krokami.

Naho stara się naprawiać swoje błędy, a w tym pomaga jej grupa przyjaciół. Każdy odcinek, który odpowiada danemu dniu w roku, skupia się na tym, aby realizować to, co zostało zawarte w liście. Z czasem jednak historia się zmienia, a fakty opisane przez starszą Naho w ogóle nie następują.

Autor postarał się również, aby rozwiać pewne problemy fabularne – skoro młoda Naho rozwiązuje problemy z przeszłości, to Naho za dziesięć lat nie ma już powodu, aby wysyłać listy – dodając do Orange teorię multiwersum. Szczerze, sam podczas seansu zupełnie o tym nie pomyślałem, więc to zdecydowanie plus dla twórców. Jednak to trochę miesza.

Skoro Naho nie zmienia swojej przyszłości, a tworzy nową, tak naprawdę u autorki listu wszystko dzieje się tak samo. Widz dzięki temu może obserwować dwie zupełnie różne historie, która są przy okazji dwoma alternatywami w podejmowanych decyzjach. Naprawdę fajnie wypadły przebitki z tej „starej” przyszłości, gdy towarzyszymy już dorosłym bohaterom. Widzimy zupełnie inne spojrzenie na sprawy, które aktualnie przerabiamy z ich młodszymi wersjami. Zmiany w charakterze czy nawet założone już rodziny. I wszystko dalej kręci się wokół Kakeru.

Na widza czeka również kilka plot twistów, o których naprawdę chciałbym się rozpisać, – są w pewien sposób przewidywalne, ale nie ujmuje im to ciekawości – ale zdradziłbym tym samym niemal połowę serii.

Niemniej, fabuła jest ciekawa, podobny motyw z tego, co pamiętam, pojawił się w Kokoro Connect, ale w trochę innej wersji. Fakt faktem, czasem ma swoje wolniejsze momenty, które potrafią znudzić widza. Na przykład przedostatni odcinek, który wprowadzał całkiem sporo do rozwoju Kakeru, ale w większości był powtarzaniem całej serii.

 

Bohaterowie:

Gdy pierwszy raz zetknąłem się z postaciami z Orange, od razu wsadziłem je między schematy. Główna bohaterka: głupiutka, jest żartowniś, jest też prostolinijna koleżanka i ta z czarnymi włosami, która pewnie ma kompleks wyższości.

Nie było jednak tak źle, naprawdę. Chociaż w większości się to sprawdziło.

Główna bohaterka jest wstydliwą licealistką, której momentami brak choćby kropli oleju w głowie. Naho ma rozpisaną przyszłość, a jednak boi się podjąć kroku, aby ją zmienić. Poza tym, daje się głupio wplątywać w różne dodatkowe prace. Jednak twierdzenie, że robi tak zawsze, byłoby mocno naciągane. Czasami dostaje nagłego napływu odwagi i robi to, co ma zrobić. W takich chwilach ją lubiłem – w innych: denerwowała.

Kakeru z kolei to z pozoru typowy nastolatek, może trochę bardziej wyciszony. Wszyscy się wokół niego krzątają, ale w tych trzynastu odcinkach ujrzymy również działania z jego inicjatywy. Problemem jest jego psychika, która skrywa w sobie sporo smutku i tajemnic, a Kakeru specjalnie się nie kwapi, aby wspomniane wyjaśnić przyjaciołom.

Pozostała czwórka znajomych nie jest wybitnie interesująca. Mamy między nimi wysokiego chłopaka imieniem Suwa, który pochłania jedzenia za dwóch. Mimo że nie sprawia takiego wrażenia, jest całkiem bystry – za takiego go przynajmniej uważałem, aż do wspomnianego plot twistu. Azusa i Takako stoją zawsze gdzieś z boku, dopingują bohaterów i wspólnie z nimi spędzają czas, jednak anime obeszłoby się bez nich. Pierwsza to ta stereotypowa głupiutka koleżanka. Takako jednak mnie pozytywnie zaskoczyła i nie okazała się nadętą prymuską z kompleksem wyższości.

No i jest jeszcze okularnik. Hagita stanowi w Oragne element komediowy, który daje rade. Żarty polegają głównie na ignorowaniu go lub najzwyklejszym droczeniu się. Jednak to on z całej bandy ma najbardziej analityczny umysł i nie omieszka go wykorzystywać. No i jak mógłbym zapomnieć o tym, że zajął ostatnie miejsce w konkursie na mistera roku!

 

Kreska i muzyka:

Dobrze widzicie, dzisiaj połączyłem oba te „działy” recenzji. Mam nadzieję, że fani Orange mnie za to nie zjedzą. Uczyniłem tak dlatego, że… Nie ma się tu nad czym rozpisywać.

Kreska jest przeciętna, widzimy niemal identyczną w każdym innym romansie. Ze wszystkich bohaterów jedynie swoim wyglądem wyróżnia się Suwa, resztę można by było z łatwością podpiąć do jakiegoś innego anime. Na plus zasługują jednak zawsze ładnie narysowane oczy.

No i Naho, która nigdy nie domyka buzi. Poważnie: sprawdźcie, ile razy w całym Orange Naho miała zamknięte usta.

Z muzyką jest trochę lepiej. Opening, mimo że na pewno nigdy nie trafi na listę moich ulubionych, jest przyjemny dla ucha. Ending z kolei jest zbyt… Wolny? Zbyt smutny? Brakuje mi na to słowa, ale również nie przyniósł żadnych fajerwerków.

Soundtracka, który usłyszymy podczas oglądania, stanowi głównie tło. Nie wyróżnia się niczym specjalnym i mam wrażenie, że słyszałem już coś podobnego. Odsłuchałem całości na youtube, bo gdybym miał pisać Wam o muzyce, którą usłyszałem podczas oglądania, miałbym ogromny problem, aby jakąkolwiek sobie przypomnieć.

 

Leniwiec z przyszłości

Koniec końców nie żałują czasu poświęconego na Orange. Szukałem ostatnio jakiejś smutniejszej serii i pomimo tego, że Orange nie rozbiło mnie wewnętrznie na drobne kawałeczki, całkiem dobrze oddało mój nastrój. Miło obserwowało mi się starania Naho, ale także pozostałych, aby coś jednak zmienić.

Doceniam, że autor wziął pod uwagę paradoksy związane ze zmienianiem przeszłości, bo zakładam, że większość by to po prostu pominęła.

Jednak Orange daleko do dzieła idealnego. Jak to powiedział Suwa:

Chodzi tylko o to, aby Kakeru był szczęśliwy.

I dokładnie to ciągle dostajemy. Głownie serwują nam relację Kakeru z Naho, przez co cierpi reszta bohaterów. Trochę czasu antenowego dostał również Suwa, ale pozostałe postacie stanowią jedynie tło. Uroki anime, w których jest kilku „głównych” bohaterów: zawsze ktoś będzie poszkodowany i nie dostanie wystarczająco uwagi.

Jednak obejrzałem jedynie adaptację. Na polskim rynku dostępna jest manga Orange, którą na pewno kiedyś sprawdzę i liczę na to, że będzie trochę bardziej rozbudowana.

Orange to seria przyjemna do obejrzenia, ale nie wbijająca w podłogę. Poświęcając jej czas, na pewno nie będziecie żałować. Te raptem trzynaście odcinków – ostatni jest dwukrotnie dłuższy, dokładnie tak jak w Made in Abyss, co uwielbiam – umili Wam, na przykład, wolny weekend.

%d bloggers like this: