Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu – Tom I Recenzja

Light NovelPopkultura

Written by:

Kolejny dzień, kolejna pozycja z gatunku Isekai. Tym razem na celowniku Re:Zero chyba jeden z bardziej rozpoznawalnych Isekaiów. Do tego dramat i seinen w jednym.

W zasadzie nie bardzo chciałem recenzować ten tytuł, bo byłem zmuszony przeczytać go po raz trzeci (wcześniej czytałem wersję w języku angielskim). Podczas lektury dosłownie wszystko mnie rozpraszało i miałem ochotę omijać niewygodne dla mnie fragmenty. No, ale przemogłem się i dla recenzji dałem radę. Zaletą tego trzeciego czytania była na pewno możliwość porównania tłumaczeń.

Polskie wydanie od Waneko wypada w moim guście na bardzo dobrym poziomie. Tutaj nie wszyscy się pewnie ze mną zgodzą, ale język polski w slangowości nie ma sobie równych. Dzięki naszemu pięknemu i bogatemu słownictwu protagonista brzmi znacznie lepiej i żałośniej, mamy przez to lekki wydźwięk komedii. Pomijając oczywiście takie kwiatki jak: tu przytoczę – „japko” lub „choć”. Ufam, że to tylko zabieg iście gagowy.

Co do samego Light Novel autorem jest Tappei Nagatsuki, ilustracje zaś wykonał Shinichirō Ōtsuka. Sama powieść najpierw pojawiała się w postaci ogólnodostępnej Web Novelki, a gdy zyskała sławę, otrzymała wersję papierową. W 2016 roku zajęła 4 miejsce w sprzedaży pośród LN. W sporcie byłoby to chyba najgorsze możliwe miejsce, bo poza podium, ale w sferze marketingu to już prawie przewodnia marka.

Re:Zero dla niewtajemniczonych

Jak to było w reklamie? Padłeś powstań – Powerade…chyba jakoś tak. No, to w tym przypadku tak samo, tylko zamiast Powerade mamy zdolność powrotu przez śmierć. Oczywiście jak to w gatunku Isekai, Subaru Natsuki główny bohater, siedemnastoletni licealista dziwnym trafem ląduje w innym świecie.

Tak, zgadliście to szablonowe uniwersum fantasy do tego przypominające średniowiecze z wyjątkiem prawie ogólnodostępnej magii. Protagonista tym razem unikat. Nie ma super siły, talentu do magii, w ogóle niczego nie ma. Jest przeciętniakiem w każdym calu, wolno myśli, reaguje, uczy się. Do tego jest hikikomori.

Ekwipunek startowy tego kolesia też na kolana nie rzuca: wysłużony dres, prawie rozładowana komórka i siatka zakupów z dyskontu, z którego nasza ofiara wracała, zanim trafiła do innego świata. Autor mógł się zlitować i dać biedakowi, chociażby jakiegoś pospolitego Excalibura.

Faktem jest, że w tym słodkim, a zarazem brutalnym świecie, ratuje go tylko jedna rzecz — zdolność. Najgorsza, jaką można sobie wymarzyć, czyli tytułowa możliwość powrotu przez własną śmierć do wcześniejszego momentu. Tutaj nie zaspoileruję raczej, chłopak się namęczy, by gdziekolwiek dojść i cokolwiek zdziałać. Oczywiście, nasz męczennik zachowuje całą wiedzę z poprzednich pętli, powtórzeń, więc będzie wyciągać wnioski i odnajdzie upragnioną solucję.

Głównym motywem kierującym bohaterem jest pomoc pewnej srebrnowłosej pół-elfce. Śmiało mogę Wam napisać, że ogólnie chodzi o przetrwanie i naprostowanie własnego losu na jedyną prawidłową drogę. Nawet jeśli coś wydaje się głupie i nielogiczne w danym momencie, wyjaśni się prędzej czy później w zjawiskowy sposób.

Tom I Fabuła

W pierwszym tomie spotykamy głównego bohatera Natuskiego Subaru, poznajemy jego życiową rolę i wątek w nowym świecie, a także niebywały sposób myślenia. Ciężko to będzie zauważyć, biorąc pod uwagę tylko I tom, ale jego charakter ewidentnie ewoluuje i widać jak częsta śmierć i nowe otoczenie na niego wpływają. Poznamy też pół-elfkę – główną bohaterkę, której imienia zdradzić niestety nie mogę. Dlaczego zapytacie? Ma to znaczenie fabularne w pierwszym tomie. Pilnie strzeże ją towarzysz, większy duch Pack (Uwaga! Dla osób, które nie spotkały się z Re:Zero odnośnik zawiera spoiler imienia!).

Co do samych wydarzeń w pierwszym tomie, nasz wspaniałomyślny protagonista będzie starał się spłacić dług, jaki zaciągnął, gdy rzeczona pół-elfka go uratowała. Dokładniej chodzi o pomoc w odzyskaniu skradzionej błyskotki – insygnium. Przez co wpakuje się w większą intrygę i sprowadzi na siebie niejednokrotnie kostuchę.

Przy poszukiwaniach, Subaru spotka wiele postaci pobocznych, między innymi: złodziejkę ze slumsów Felt, jej szemranego opiekuna o wielkim sercu Starego Roma, Rycerza Reinharda van Astree, czy też tajemniczą Elsę Granhiert, która wszystkim wcześniej wymienionym życie umili. Pojawi się też wiele postaci mniej istotnych, typowych przedstawicieli kast średniowiecznego miasta.

Strona Techniczna i Wizualna

Na pierwszy rzut oka, Tom I Re:Zero wydawał się dosyć gruby, niestety ma tylko 235 stron – pięć rozdziałów i epilog. Dla wprawionego czytelnik to kwestia jednego wieczoru, więc jeśli kogoś wciągnie, to może mieć niezły problem, gdy nie będzie posiadał następnego tomu pod ręką.

Na okładce właściwej mamy nałożoną obwolutę, na jej przodzie widnieje ilustracja srebrnowłosej pół-elfki w iście mangowym stylu. Na odwrocie, standardowy „trailer”, o czym jest dana pozycja. Obwoluta jest całkowicie zdejmowalna, skonstruowana z myślą o osobach, które nie przepadają za cukierkowymi ilustracjami. Pod spodem prosta okładka, całość jest utrzymana w bieli.

Grzbiet nic nadzwyczajnego, nazwa pozycji, indeks tomu. Na skrzydełkach z przodu mamy informacje na temat twórczości autora i zdjęcie jego maskotki (creepy, ten misiek będzie mi się śnił po nocach!). Tylne skrzydełko informacje o ilustratorze, rzadko spotykany zabieg.

W środku Re:Zero, pierwsze strony  kolorowe. Na jednej z nich mamy powielone zdjęcie z obwoluty, na kolejnych zaś takie oto ilustracje, dokraszone wypowiedzią narratora. 

Natsuki Subaru i czar pół-elfki

Następne kartki przedstawiają bohaterów (Subaru. Pół-elfka, Pack, Elsa, Felt, handlarz Kadomon, Felt, Reinhard, Stary Rom) z pomniejszymi opisami.

W środku trafimy okazjonalnie parę ilustracji, niestety są one czarno-białe.


Na prawie samym końcu mamy posłowie od autora i mały easter egg od ilustratora, a mianowicie dwa wstępne szkice postaci.

Podsumowanie

Wiem, że ten komentarz się nie będzie liczyć, bo wypowiadam się jako fan Re:Zero, ale z mojego punktu widzenia ta LN to naprawdę świetna sprawa. Łatwo nam obrazuje jak błędne wybory, wpływają na całokształt czy dany moment życia człowieka. Poleciłbym ją każdemu, kto lubi psychologiczne zagrywki, szczególnie w stylu Déjà vu lub brutalnej wersji Dnia Świstaka.

Dla ludzi, którzy wcześniej widzieli anime lub mangę, a nie spotkali LN. I tom ma tylko parę smaczków. Jednak prawdziwym fanom-kolekcjonerom (w tym i mnie) nie powinno to przeszkadzać!

Na pewno pojawią się recenzje następnych tomów w dalszej przyszłości. A ja tymczasem zapraszam na inną moją recenzję: LN Overlord.

Z mojej strony to tyle, pozdrawiam i zapraszam was na leniwcowego Facebooka!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: