Tokyo Ghoul – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Tokyo już dawno przestało być bezpieczne.

Wychodzenie w samotności po zmroku to jak podpisywanie na siebie wyroku. Po całym mieście grasują przerażające stwory, dla których mieszkańcy miasta stanowią jedynie pożywienie. Ghoule – bo tak się nazywają – nie są w stanie powstrzymać swojego apetytu, gdy zbyt długo nie napełniali żołądka.

Oczywiście, są też takie, które mordują dla własnej przyjemności. Pewna część ich społeczeństwa wybiera jednak życie w pokoju obok zwykłych mieszkańców.

 

Co nie znaczy, że ludzie postanowili akceptować wybryki potworów. Powstała organizacja o nazwie CCG zajmująca się głównie eliminacją Ghouli. Podzielili Tokyo na ponad dwadzieścia specjalnych okręgów, w których stacjonują ichniejsze jednostki.

W jednym z nich mieszka Ken Kaneki. Wycofany uczeń, lubujący się w książkach. Pewnego dnia spotyka Rize, którą od razu uznaje za piękność… Ona z kolei uznaje go za wybitne smacznego. Gdy ich randka zaczyna zamieniać się w rzeźnie, Kaneki traci nadzieje na przeżycie…

Jednak pewien wypadek zupełnie odwraca koleje losu. Czy to aby na pewno koniec jego życia? A może spotka go coś znacznie gorszego? Bo co stanie się z człowiekiem, gdy przeszczepi mu się narządy wewnętrzne ghoula?

Tekst zawiera malutkie spoilery.

 

Fabuła:

Tokyo Ghoul, jak już mogliście się domyślić, przybliży nam historię Kanekiego, który przez fatalny wypadek, musiał stać się Ghoulem.

Muszę przyznać, że sam początek serii jest trochę nudny. Oczywiście, jest bardzo ważny, można powiedzieć – kluczowy, gdyż to właśnie w nim rozgrywają się największe wojny w głowie bohatera. Gdy z dnia na dzień musi zacząć jeść ludzkie mięso, z dnia na dzień porzucić swoje stare życie i odciąć się od przyjaciół, aby ich nie skrzywdzić.

Na szczęście swoje miejsce znajduje w pewnej kawiarni, w której – niespodzianka – pracują same Ghoule. Czemu w kawiarni? Bo prócz ludzkiego mięsa, Ghoule mogą pić jedynie kawę, wszystko inne nie przechodzi im przez gardło. Całkiem fajna ciekawostka. Niemniej, bohater odnajduje się powoli w środowisku pokojowo nastawionych do ludzi potworów. Jakoś radzi sobie z głodem, chociaż im dalej w serie, tym bardziej o tym aspekcie zapominano.

Jakby nie patrzeć, na tym nie kończy się jego nieszczęście. Organy Rize sprowadzają na Kanekiego coraz to więcej kłopotów, gdyż do części Tokyo, w której mieszka, przybywa pewna grupa, która na wspomnianą kobietę polują. Lub może bardziej dokładnie: polowała.

Tokyo Ghoul na pewno zyskuje z czasem, szczególnie ostatnie odcinki to świetne show. Gdy fabuła odchodzi od codziennego życia, a zaczynają rozwijać się wszelkie intrygi, niekoniecznie powiązane jedynie z głównym bohaterem. Autorzy nie zapomnieli o innych „frakcjach” i takim sposobem możemy obserwować, co dzieje się w szeregach CCG, ale też na ich najwyższych szczeblach.

Powiedziałbym, że to właśnie ta organizacja jest antagonistą tej serii, lecz do końca nie wiadomo, kto jest tak naprawdę zły. Ghule, które zabijają ludzi, aby przeżyć? Ale przecież są też takie, które zjadają jedynie ciała, na przykład, samobójców. Ludzie, bo polują na każdego Ghoula, nieważne, czy zabija, czy nie? Ale przecież są też tacy, którzy wchodzą z Ghoulami w normalne związki.

Nie ma jasno określonej złej strony i to również na ogromny plus.

Tokyo Ghoul

 

Bohaterowie:

Gdy popatrzymy na ogół postaci, jakie zaserwowali nam w Tokyo Ghoul autorzy, ujrzymy pokaźną grupkę zupełnie nic nie znaczących, płaskich kartonów. Między nimi raptem trzy postacie, które cokolwiek dla serii znaczą i może jeszcze kilka bardziej rozwiniętych. Najczęściej bohaterowie w tym anime byli wykorzystywani tylko raz, może dwa, aby odegrać bardzo ważną rolę – umrzeć.

Mówię teraz o tych wszystkich Ghoulach, służących Jasona – o którym za moment. Są zupełnie nieciekawi, a ich zadaniem, prócz sprzątania podłogi, była jedynie wspomniana śmierć. Czy czasu antenowego nie można było poświęcić, na przykład, na pogłębienie charakteru antagonisty?

Antagonisty, którym jest właśnie Jason. Psychopatyczny Ghoul z zamiłowaniem do tortur. Swoją aktualną świadomość wykształcił, gdy sam był poddawany różnym karom, jak obcinanie palców czy całych kończyn. Zabrakło jednak w nim głębi, bo pod powłoką okrutnego typa, nie kryje się zupełnie nic. Nie ma rozbieżności w psychice, nie ma „szaleństwa” (oczywiście, pomijając to, że jego tortury to już szaleństwo). Trochę jak postać z The Innocent, która chciała… Tylko zabijać i nic więcej w komiksie nie mówiła.

Kiedy Jasona jeszcze można polubić i zrozumieć jego obecność, tak Nishiki to jakieś kreatorskie nieporozumienie. Jest beznadziejnie słaby, nie wpływa na rozwój fabuły, raczej jest w nią uwikłany przypadkiem. Jedynym jego zadaniem jest bycie mięsem armatnim. Zupełnym przeciwieństwem okazuje się Kirishima, która łączy w sobie pewien chłodny dystans do głównego bohatera, ale nie przeszkadza on jej we wpadaniu w furię. Jest kreowana na kogoś bardzo silnego i niemal do końca serii nikt nie jest w stanie jej podskoczyć.

 

Prawdziwy Tokyo Ghoul

Główny bohater jest w zasadzie najciekawszy z całej tej bandy. Chociaż i równie denerwujący, co jedynie potwierdza moją teorię o głównych bohaterach. Najciekawszy w nim jest konflikt wewnętrzny (dosłownie wewnętrzny). W jego organizmie gryzą się elementy człowieka i ghoula, co przekłada się na jego psychikę. Za wszelką cenę chce wieść normalne życie, takie jak przedtem – ale okropny głód zmusza go do naginania zasad.

Więc podczas tych dwunastu odcinków, będziemy obserwować Kanakiego w swojej ludzkiej formie, który porzucając szkołę – porzucił? Nie porzucił? Nie chodził, ale chyba nie ma tego wytłumaczonego – będzie starać się hamować żądze posmakowania ludzkiego mięsa.

Jednak ból głodówki jest często nie do wytrzymania. Poza tym, w jego psychice swoje palce macza również świadomość Rizy, która nie ma zamiaru pozostawić swojego nowego ciała w spokoju. Wtedy słaby, lękliwy Kaneki zmienia się w prawdziwą bestię. Znowu dosłownie. Traci nad sobą panowanie, przejmuje go Ghoul.

Naprawdę w Tokyo Ghoul ten konflikt wewnętrzny został ukazany bardzo dobrze. Nawet mimo beznadziejności swojego położenia, Kaneki nie odpuszcza, stara się walczyć… W zasadzie z naturą, z samym sobą. Jednak im dalej w las, tym bardziej akceptuje swoją cząstkę potwora, aż do ostatniego odcinka, w którym… No, dowiedzcie się sami, co się wydarzyło!

Tokyo Ghoul Recenzja

 

Kreska:

Warstwa wizualna w Tokyo Ghoul jest miła dla oka. Postacie swoją aparycją budzą zaufanie, wszystko jest ukazywane w żywych kolorach. Jeżeli dodamy do tego seksownie wyglądające postaci kobiece, można śmiało strzelać, że Tokyo Ghoul to najnowszy romans – albo Slice of Life – od Studia Pierrot.

Jednak prawdziwe widowisko i uczta dla oczu, zaczyna się w tym samym momencie, w którym postacie wpadają w szał, tracą nad sobą kontrole, czy najzwyczajniej w świecie wariują. Czymś w tym stylu zaszczyci nas już pierwsza scena z otwierającego serię odcinka. W ogóle w tej serii sceny „tracenia zmysłów” czy oddawania się mocy Ghoula wypadają fenomenalnie.

Na osobny akapit, chociaż niezbyt długi, zasługuje też wspomniana przed chwilą moc. Jej emanacja jest bardzo widowiskowa, znowu okraszona żywymi barwami. Jak tłumaczy Tokyo Ghoul Wiki: „Kagune jest drapieżnym organem ghoula, który służy jak broń”. Przybiera on różne formy w zależności od użytkownika: takim sposobem możemy oglądać różnokolorowe, pulsujące formacje. Jedne są eleganckie, od innych aż bije grozą.

No i animacje walki, którą są zrobione świetnie! Dynamiczne, z dobrymi przejściami.

 

Muzyka:

Czemu obejrzałem Tokyo Ghoul już po tym, jak robiliśmy nasze top 3 openingów? Chociaż nad wciśnięciem go tam, musiałbym się poważnie zastanowić… Niemniej, jestem zachwycony openingiem z tego anime, szczególnie momentami, w których bit leci cichutko w tle, a na główny plan wysuwam się wokal w wykonaniu Toru Kitajimy.

Ending, chociaż mnie nie porwał, również zapamiętałem całkiem pozytywnie. Nie wiem jednak, czy to nie przez fakt pięknych artów, w nim wykorzystanych.

OST kompletnie nie słuchałem. Profesjonalizm.

 

 

Leniwiec jest ghoulem

Łapię się na tym, że któryś już raz chciałem zacząć ten element posta od tego samego. Wiecie, nie lubię popularnych serii i potem mi głupio, że tak długo jednak jej nie obejrzałem, i tak dalej.

Niemniej, Tokyo Ghoul mogę już wykreślić z tej listy. Tytuł zbiera dość mieszane opinie: sporo starych animowych wyjadaczy odradzało mi to anime, z kolei młodsza część fandomu – ta z mniejszym stażem – często się nad Tokyou Ghoul zachwyca. A ja?

Było sporo rzeczy, które bardzo przypadły mi do gustu: dylemat moralny, który później przerodził się w pewną psychozę, był czymś dla mnie pociągającym. Z początku było trochę przepłakanego dramatu, ale później klimat serii stał się dużo bardziej mroczny, doszło pewne zaszczucie i koniec końców, widz dalej nie wie, kto tak naprawdę jest dobry. Każda z „frakcji” ma swoje za uszami – chociaż więcej o tym dowiemy się dopiero w drugim sezonie.

No właśnie – drugi sezon. Tokyo Ghoul ma bardzo głupio zrobione zakończenie. Brak w nim dobrego cliffhangera, bo to, co zaserwowali nam twórcy, jest jedynie urwaniem akcji. Gdybym nie miał świadomości, że na tych dwunastu odcinkach nie kończą się przygody Kanekiego, uznałbym to za ogromny minus.

Przyznaję, przewijałem niektóre przegadane lub przepłakane momenty. Niektóre sceny zdecydowanie zwalniały akcje, co nie jest dobrym zagraniem, ale koniec końców, bawiłem się dobrze i mam zamiar obejrzeć jego kontynuacje.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: