Dimension W – Tomy 9-11 – Recenzja

MangaPopkultura

Written by:

Co robić, gdy zagadka Wyspy Wielkanocnej została rozwiązana? Czy to oznacza już koniec Dimension W? Przecież cała sprawa z tragedią sprzed lat, była niczym koło napędowe dla fabuły komiksu. Czy autorzy poradzą sobie z zapewnieniem dobrej zabawy czytelnikom na kilka kolejnych tomów?

W poprzednim odcinku:

W sumie nie zawarłem żadnych wniosków, do których mógłbym się teraz odnieść. To niedobrze.

Albo wręcz odwrotnie, bo mogę pisać, nie wzorując się na tym, co udało mi się napisać w poprzednim poście. Problem jest jeden: zakończenie ważnego wątku. Bla, bla, piszę to już trzeci raz – ciężko mi mówić o fabule bez spoilerów, więc kilka może się pojawić. Ale spokojnie, postaram się nie zepsuć Wam lektury! No i zapoznajcie się najpierw z poprzednimi recenzjami: Tomy 1-6, Tomy 7-8!

Wybaczcie również za angielskie skany, ale myślę, że dacie sobie z nimi radę.

 

 

Fabuła:

Jak mogliście wywnioskować już ze wstępu, cały arc z Wyspą Wielkanocną zostaje w tych tomach zakończony. Po stoczonych walkach z poprzedniego numeru cała ekipa poszukiwaczy wraz z Loserem dociera do źródła zamieszania: gigantycznego teleportera. To tutaj pracowano nad przenoszeniem żywych organizmów, a także wydarzył się dramat z Genesis w roli głównej – najpotężniejszym ogniwem, jakie kiedykolwiek stworzono.

Problem w tym, że tak naprawdę nikt nie wie, gdzie teraz znajduje się Genesis. Rząd, który powoli zaczyna maczać palce w historii, zatuszował wszelkie informacje, których i tak było niewiele. Wygląda na to, że kluczem do tej zagadki są jedynie… Wspomnienia Mabuchiego.

Niespodziewanie bohaterowie konfrontują się z naukowcem, który dawniej pracował nad wspomnianym wcześniej projektem i nie zaprzestał swoich badań, gdy rząd tak nakazał. Haruka Seameyer ukazał się już na okładce tomu ósmego, ale dopiero w dziewiątym możemy obserwować jego szaleństwo w pełnej krasie.

Jednak na tym nie kończy się przygoda z Dimension W. Do akcji wkracza religijna sekta, która na swój cel wyznacza wszystkich zbieraczy…

Dimension W

Leniwiec o fabule:

Fabuła w tych tomach była naprawdę dobra, chociaż trochę pogmatwana. Nie warto robić w czytaniu takich przerw, jak robiłem ja: potem trzeba szukać, co tak naprawdę znaczyły dane słowa, czym były możliwości i tak dalej.

Kilka plot twistów wypadło zdecydowanie zaskakująco – o to w tym przecież chodzi – i sam niektórych rozwiązań się nie spodziewałem. Na przykład historia Lwaia, której zalążek mieliśmy we wcześniejszych tomach. Bardzo dobrze i logicznie wytłumaczono działanie jego ciała.

Ciekawie wypadła też podróż we wspomnienia: czy to Mabuchiego, – weszliśmy w końcu do jego głowy! – czy Losera. Tego drugiego znacznie, znacznie smutniejsze. Bardzo łatwo teraz zrozumieć, co kierowało Loserem i dlaczego tak bardzo pragnął zemsty. Chciałem nazwać go antagonistą, ale na pewno nim nie był. Nie można go sklasyfikować ani jako tego „białego”, ani „czarnego”. Loser jest szary.

Dimension W

Problem z wątkiem całej Wyspy Wielkanocnej był taki, że autor tworzył klimat, pompował napięcie, które zresztą towarzyszyło czytelnikowi aż do końca, wprowadzał nowe postacie i nadawał im unikalne charaktery, aby… Zakończyć to w kompletnie niewybuchowy sposób. Jakby cała ta wyprawa była czymś na porządku dziennym. Ze strony na stronę przechodzimy w zupełnie nowy wątek…

Który zapowiada się całkiem ciekawie. Do akcji wchodzi sekta, o której pisałem Wam wcześniej. Są już pierwsze ofiary i żaden zbieracz w mieście nie może czuć się bezpiecznie.

Bohaterowie:

Na przełomie trzech tomów poznajemy względnie sporo nowych postaci, ale co ważniejsze: stare, z którymi już wcześniej obcowaliśmy, dostają konkretne zaplecze fabularne – jeżeli dla kogoś bohaterowie z Dimension W byli papierowi lub płytcy, teraz powinien zmienić zdanie.

Wspominałem, że wchodzimy do wspomnień Mabuchiego. I fakt faktem, jest to całkiem ciekawy temat, ponieważ, jak sam bohater zakłada, jego świadomość specjalnie wyparła pewne obrazy z głowy. Widzimy dokładnie wydarzenia sprzed tragedii, ale i samą tragedię – a nawet trochę więcej, bo wmieszane w to wszystko jest również Genesis. Szkoda jednak, że Mabuchi w tych tomach jest strasznie… Denerwujący i uparty bardziej niż zwykle. Znacznie ciekawiej zapowiadają się jego dalsze losy, których początek ujrzymy już w 11 tomie.

Dostajemy wreszcie antagonistę z krwi i kości, o którym już Wam jednak napisałem. Bardziej chciałbym się skupić na nowym wrogu, z jakim przyjdzie zmierzyć się bohaterom, bo… Wygląda niemal identycznie jak Mabuchi. Jest bardzo, bardzo silny i przede wszystkim: nie jest głupi. Jego design od razu skojarzył mi się z Dracule Mihawk z One Piece.

No i wreszcie spuścizna po Loserze, jego „córka”, chociaż nie ma między nimi żadnego pokrewieństwa. Po wydarzeniach na wyspie została całkiem sama… A Mira, z którą dzieje się coś dziwnego, zapragnęła z całego serca – ogniwa – jej pomóc. Nasza blondynka ze skrzydłami jednak nie ma zamiaru prosić nikogo o pomoc, zamiast tego wyznacza sobie nowy cel w życiu: zostanie zbieraczem, tak samo, jak Mabuchi.

Dimension W

Kreska:

W kresce zupełnie nic się nie zmieniło, chociaż zacząłem dostrzegać i doceniać jej niesamowitą oryginalność. Wydaje się bardziej komiksowa, niż mangowa, co sprawia, że ciężko będzie pomylić Dimension W z innym tytułem. Więcej o warstwie wizualnej znajdziecie w poprzednich recenzjach!

Chciałbym jeszcze raz zawrócić uwagę na obwoluty. Takie, jakie posiada Dimension W, powinna mieć każda manga! Przecież to jest przepiękne! Żywe, często kontrastujące ze sobą kolory sprawiają świetne wrażenie. A tom dziesiąty ma najlepszą obwolutę z całej serii i nawet z tym nie handlujcie.

Dylemat mam jedynie z kolorowymi stronami tuż po otwarciu tomiku. Z jednej strony jest to miłe dla oka, ale wydaje mi się, że psuje trochę klimat. Że Dimension W wygląda lepiej w czerni i bieli niż pełnym kolorze. Chociaż w anime to w ogóle nie przeszkadza (zacząłem oglądać, czekajcie na recenzje).

Dimension S – Dimension Sloth

Pomimo tego, że Dimension W nie należy do najszybciej czytających się mang – chociaż w momentach walk, czytelnik płynnie przesuwa się po kadrach, bez zbędnych pauz – ja te tomy połknąłem na raz. Bo i tak powinno się ten tytuł czytać: bez żadnych przerw.

Kolejny raz się nie zawiodłem, chociaż smuci bark wielkiego zakończenia najważniejszego jak dotąd wątku. Wspomniałem, że kończy się po prostu przerzuceniem kartki – jednak autor wstawił tam trzy kolorowe strony, jakby zaczynał nowy tomik.

Przed nami jeszcze sporo tajemnic do odkrycia: co dokładnie planuje zakon, czym jest i jak działa ogniwo Miry, czemu prezydent wygląda jak Steve Jobs… To wszystko pewnie zostanie wyjaśnione w następnych tomach. A mi pozostaje jedynie czekać.

Dimension W

 

Dziękuje Waneko za tomiki i zapraszam serdecznie na fanpejdż!

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: