Sandman: Preludia i nokturny – Recenzja

DCPopkultura

Written by:

Internet jest pełen recenzji Sandmana. Nie powinno to nikogo dziwić – mamy
w końcu do czynienia z klasyką gatunku, która pierwszy raz została wydrukowana w 1989 roku.

Przez blisko 30 lat swojego istnienia, (a właściwie zagoszczenie na papierze dzięki DC, gdyż ta opowieść, podobnie jak inne, istnieje od zawsze), zyskała miano kultowej, czasem wręcz najwybitniejszej serii komiksowej. Prawdopodobnie więc niniejsza recenzja nie jest najlepszą, jaka powstała, ale mimo to i ja chcę przybliżyć Tobie, drogi Czytelniku, opowieść o Sandmanie.

Może jestem to winny Władcy Snów…? Sandman to dla mnie wyjątkowe dzieło. Jest nie tylko pierwszym przeczytanym przeze mnie komiksem, ale też pozycją, która pokazała mi, że jest na świecie jeszcze wiele historii, które potrafią mnie zachwycić. Przez kilka lat żyłem w przeświadczeniu, że nie poznam już lepszej historii niż te, które znam. Z pomocą przyszedł mi jednak Neil Gaiman, i sypiąc mi piaskiem w oczy, zabrał do niesamowitego świata Sandmana. Zawsze będę mu za to wdzięczny. Podaj mi więc swoją dłoń, drogi Czytelniku, i pozwól pokazać sobie ten świat, a może wkrótce wkroczysz do niego sam.

 

Każda opowieść ma swój początek

Pierwszy kadr opowieści przenosi nas do roku 1916. Na początku poznajemy zgraję pewnych szalonych okultystów, którym przyświecają nietypowe i oryginalne cele – posiadanie władzy nad życiem i śmiercią. Okultyści są więc jak zawsze uroczy. Żeby zrealizować swoje pragnienia, postanawiają uwięzić Śmierć w posiadłości swojego przywódcy. Większą głupotą od nieprzemyślenia konsekwencji takiego czynu jest tylko pomyłka w rytuale i uwięzienie w magicznym kręgu Snu. Morfeusz nie jest jednak skory do współpracy ze śmiertelnikami i kompletnie za nic ma ich żądania względem niego. On ma czas – jest w końcu jednym z Nieskończonych, jedną z pierwszych istot we wszechświecie. Jeśli myślicie, że Terminator był małomównym twardzielem, to nie znacie Sandmana. Po ponad 70. latach spędzonym w ciszy i wyczekiwaniu na odpowiedni moment wyrywa się z więzienia i odbija piłeczkę w stronę gości, którzy myśleli, że są w stanie z nim zadrzeć. Jak sądzicie – jak mścić może się ktoś, kto włada całym światem snów?

Poznajemy tutaj jeden z najcudowniejszych aspektów komiksu – oniryczność. Gaiman, jak sam Sandman, misternie przewleka nici świata jawy i snu. Ma klasę, ma pomysł. Puszcza wodze fantazji, ale robi to tak zgrabnie, że nawet przez chwilę nie zastanowicie się nad tym, czy zabieg fabularny jest naciągany, nie poddaje nic w wątpliwość. Człowiek czyta, zagłębia się w opowieść i chłonie ją, akceptuje… Jakby już ją kiedyś przeżył. Co Wam się ostatnio śniło…? Sandman ucieka z niewoli w wielkim stylu i jeszcze nie wie, że rozpoczyna się kolejny, wielki etap jego „życia”.

Sandman

 

Witajcie w Śnieniu

Mimo całej potęgi Władcy Snów 70 lat w więzieniu nieco nadszarpnęło jego moc.

Wraca do swojego królestwa i przekonuje się o prawdziwości przysłowia „kota nie ma, myszy harcują”. Poza niesubordynacją poddanych, którzy są niezwykle barwną i ciekawą zgrają (wróćcie do legend, Biblii i innych tekstów kultury, których komiks jest pełen!), Morfeusz musi sobie poradzić z kradzieżą jego atrybutów władzy i mocy. O pomoc prosi więc Panie Łaskawe, czyli Gaimanowskie ujęcie motywu Wszechmatki. Daleko im do uroczych czarownic Terry’ego Pratchetta – to poważne zawodniczki, których każda pomoc (nawet ta mglista, ech wyrocznie) będzie potem okupiona przysługą. Jeszcze o nich usłyszymy. W każdym razie dają Morfeuszowi poszlaki, które wystarczą mu do podjęcia poszukiwań.

Warto zwrócić też uwagę na niesamowite operowanie mimiką Snu. Wyraz jego twarzy zatrzymany w kadrze to kopalnia emocji, które aż wylewają się ze stron komiksu. Jest to chyba jedna z największych zalet komiksu w ogóle – ta możliwość zatrzymania istotnych chwil opowieści i pokazanie każdego ich detalu.

The Sandman (1989)

 

Oddajcie mi rzeczy!

Kolejne trzy przedstawione historie traktują o poszukiwaniach zaginionych insygniów władzy. Gaiman bawi się tu stylami i klimatem opowieści. Na początek Morfeusz nawiązuje współpracę z Johnem Constantine – tym samym bohaterem w żółtym płaszczu, który gości na kartach innej serii DC Vertigo. Opowiadanie oscyluje w okolicach horroru, snu i dramatu miłosnego. Pomimo małej przestrzeni, w której rozgrywa się akcja, Neil Gaiman nie ogranicza się niczym. Dalsze poszukiwania zaprowadzają bohatera do… Piekła. A wizja piekła, jaką tam ujrzymy – „wow!”.

Uszanowanie należy się tu szczególnie osobom odpowiedzialnym za rysunki i kolorowanie. Ci drudzy pokazali, że w piekle nie musi dominować tylko kolor czerwony – mamy do czynienia z całą paletą barw, ale to wcale nie sprawia, że w królestwie Lucyfera (i nie tylko) robi się milej. Sposób, w jaki Sandman radzi sobie z jednym z demonów… Mógłbym to opisać. Długo. Ale to trzeba przeczytać samemu. Dość powiedzieć tylko, że Morfeusz okazuje się być Bad Assem większym od Jess’ego Custera („Kaznodzieja” Gartha Ennisa, już wkrótce!), zaś gość przemawia głosem Boga, mając w ustach cygaro, a do tego szklankę whiskey.

Na koniec poszukiwań posmakujemy trochę klasyki DC (chętni na przechadzkę
po Arkham?) i przeniesiemy się do świata horroru, który nawet na Kingu zrobiłby wrażenie (a pewnie nawet zrobił, bo Stephen King napisał wstęp jednego z kolejnych tomów Sandmana, natomiast o samym Gaimanie wypowiada się zawsze pochlebnie, z uznaniem). Sam klimat też jest trochę „kingowski” – nie ma to jak zabawa ludzką psychiką w przydrożnej knajpie w małym miasteczku na amerykańskim pustkowiu, co nie? Wrażliwi nie powinni czytać w nocy – plastyczność zdarzeń i realizm stoją na naprawdę wysokim poziomie.

Pomimo dość… nieprzyjemnych wydarzeń, jakie zaszły w opowieści, to i tak od Morfeusza bije niewiarygodna klasa!

Sandman Gaiman

 

Chwila spokoju

Ostatnie opowiadanie z tomu przynosi nam chwilę wytchnienia – oto Władca Snów, zmęczony wirem wydarzeń, odpoczywa karmiąc gołębie. Poza poznaniem jednej
z najciekawszym i najsympatyczniejszym postaci świata Snu poznajemy kolejny aspekt Gaimanowskiej opowieści – refleksję. Rozmowy o życiu i śmierci (i to takie z pierwszej ręki!) zmuszają nas do własnych przemyśleń. Ciekawe jest wykorzystanie dużej ilości białego tła na wielu stronach – pozwala to skupić się głównie na rozmowach toczonych przez bohaterów. Rozmowy te nie są sztuczne, wymuszone, ale wręcz rodzinne. Dowiadujemy się też, że Morfeusz wcale nie jest tak wyniosłą osobistością, na jaką się kreuje, a równy z niego gość.

 

To dopiero początek

Pierwszy tom Sandmana sprawia, że ma się ochotę na więcej. Czujemy się zaciekawieni tym, co jeszcze wyobraźnia Neila Gaimana może dla nas przyszykować. Nie bez powodu ten komiks trafił do kanonu. To przykład fantastyki najwyższych lotów, przekuty w opowieść graficzną. Polecam z całego serca.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: