Charlotte – Recenzja

AnimePopkultura

Written by:

Okruchy pewnej komety, które spadały na Ziemię, wywoływały dziwne reakcje u młodych lub jeszcze nienarodzonych ludzi. Sprawiały, że wśród młodzieży zaczęły występować… Supermoce! Jednak nie na stałe, ponieważ po ukończeniu pełnoletności, wszystkie zdolności zanikały.

Taki los spotkał również Yuu Otosaka. Nasz główny bohater mógł pochwalić się naprawdę użyteczną mocą: na pięć sekund był w stanie zawładnąć ciałem wybranej osoby. Mógł wtedy zrobić dosłownie wszystko. On woli jednak ułatwiać sobie życie – na przykład, na każdym egzaminie przejmuje ciała innych osób, sprawdza odpowiedzi i na koniec osiąga najlepsze wyniki. Czasem również rozbije grupkę chuliganów, tak dla zabawy. Musi jednak zwracać uwagę na bezpieczeństwo, ponieważ jego ciało przy przejęciu traci świadomość.

Niestety, takie nierozsądne – publiczne – używanie zdolności może okazać się czymś zgubnym. Rząd przeprowadza różne, często niehumanitarne, eksperymenty na młodzieży dotkniętej tą klątwą.

Dlatego właśnie powstał specjalny ośrodek, w którym dzieciaki z mocą – ale również te bez niej – otrzymają odpowiednie schronienie, a także pomoc w zrozumieniu ich umiejętności. Organem do wyłapywania nowych obdarzonych jest samorząd uczniowski. Nao Tomori przewodzi grupce nastolatków z mocami i wspólnie starają się uratować inne osoby przed losem szczurów laboratoryjnych.

Charlotte

 

Fabuła:

W zasadzie już we wstępie zdradziłem Wam połowę Charlotte. Czemu połowę? Ponieważ od siódmego odcinka seria przybiera trochę inny kierunek.

Przez pierwszą część obserwujemy dość prostą historię. Każdy odcinek skupia się na znalezieniu, a następnie zaoferowaniu pomocy – tudzież przymuszeniu do zaprzestania używania mocy – kolejnym nastolatkom. I to w zasadzie wszystko. Każdy odcinek bazuje na tym samym schemacie: znalezienie i rozwiązanie problemu.

Potem jednak do głosu dochodzi znacznie głębsza intryga. Widzimy między innymi badania i testy, jakim poddawani są obdarowani. Charlotte staje się znacznie mroczniejsze, a widz, zamiast poznawać kolejne osoby źle wykorzystujące swoje zdolności, zaczyna zagłębiać się w kolejne warstwy intrygi. Intrygi nie byle jakiej, ponieważ główne skrzypce gra w niej sam Yuu, chociaż sprawy nie ułatwia fakt, że z pewnych powodów wymazano mu pamięć…

Charlotte

 

Leniwiec o fabule:

Uważam, że troszkę Charlotte popsuto.

Seria jakby nie wiedziała, w którą stronę chce pójść. Z jednej strony wita nas typowa, szkolna komedyjka, która nie wnosi praktycznie nic do dalszej części. Zmarnowano prawie całe sześć odcinków na niezwiązane ze sobą zlecenia. Fakt faktem, pod koniec bohater wykorzystuje to, co podczas nich otrzymał, ale można to było zrobić znacznie, znacznie krócej. Naprawdę, zmarnowano połowę czasu antenowego na pokazywanie wybryków nastolatków oraz wciskanie jak największej ilości żartów.

Żartów niemal ciągle identycznych, eksploatowanych po równo przez dwie godziny seansu. Muszę jednak zaznaczyć, że, chociaż trochę żenowało za dwudziestym razem, taki typ humor mi pasował. Ja wiem, jestem specyficzny i śmieszy mnie, gdy postać ciągle powtarza jedną odpowiedź, wybaczcie. Ale wkurzało niesamowicie, gdy Takajou Joujirou za każdym razem na widok Yusy dostawał krwotoku z nosa. Za. Każdym. Razem.

Charlotte

Druga część, ta znacznie mroczniejsza, bo pojawia się śmierć – w szkolnej komedyjce? Kompletnie się tego nie spodziewałem – i to, jak oddziałuje na danych bohaterów. Obserwujemy ich załamania nerwowe czy próby odreagowania tragedii. Niejako zanurzamy się w ich psychikę, która, czego znowu nie mogliśmy się spodziewać po pierwszej części, jest gęsta i lepka jak smoła.

Bardzo dobrze moim zdaniem twórcy postawili sprawę mocy. Pomijając już fakt eksperymentów na obdarzonych, które, chociaż dość straszne, mogłyby równie dobrze występować w naszym świecie, Jun Meada – o tym panu później – nie stworzył bohaterów wszechpotężnych. Dla każdej mocy wymyślił, jakby to ująć, „wady”, które sprawiły, że umiejętności nie były bardzo silne, ba, często były zupełnie bezużyteczne. Takim sposobem główna bohaterka może zniknąć – ale tylko dla jednej osoby, a ktoś inny posiada moc bardzo szybkiego przemieszczania się – ale nie potrafi wyhamować.

 

Bohaterowie:

Postacie w Charlotte okazały się dla mnie sporym zaskoczeniem. Z całego grona, które poszerza się z odcinka na odcinek, był tylko jeden irytujący osobnik. Tak, to właśnie był Joujirou z kilku akapitów wcześniej. On był cholernie nieznośny, a każdą scenę z nim miałem ochotę przewijać… Ale laptop był za daleko.

Nietrudno jednak zauważyć, że Takajou stanowił ten pierwiastek komediowy, czego twórcy nie starali się ukrywać. A szkoda, bo pewnie wyszłoby im to na dobre.

Dwójka głównych bohaterów, czyli Yuu i Nao wypadli pozytywnie. Poskąpiono tym razem denerwujących nawyków, a bardziej ukazano widzowi ich głębię. Już od pierwszych minut odcinka nasz nastolatek z mocą przejmowania wydaje się kimś intrygującym: gdy dla ogółu robi wrażenie kogoś miłego, a w głowie układa już plan, jakby tu najlepiej wykorzystać daną sytuację. No i nie oszukujmy się: każdy by wykorzystywał taką moc do ściągania. To wypadło realistycznie, jeżeli możemy tak mówić o czymś, co nie istnieje.

Nao z kolei jest praktycznie do końca pewną tajemnicą dla widza. Rzadko kiedy udaje nam się dostać do jej głowy. Raczej obserwujemy ją jako kogoś, hmm, z jednej strony wycofanego, a z drugiej bardzo pewnego siebie. Oglądając, miałem wrażenie, jakby zasłaniała się twardą skorupą, ale wewnątrz była całkiem miękka.

Do gustu również przypadła mi postać Misy – siostry Yusy. Niestety, znowu pokuszono się o żartobliwe wykorzystywanie jej zadziornego charakteru, ale występuje również w kilku poważnych scenach, za co otrzymała plus.

Charlotte

 

Kreska:

Modele postaci w Charlotte nie urzekną widza szczegółowością, jak na przykład te w Violet Evergarden, ale ma to swoje plusy. Jednym z nich jest bardzo dobra animacja, która zdecydowanie umili na seans – nawet jeżeli nie wciągnie nas fabuła.

Chociaż postacie biegają, jakby byli z drewna, robotę robi tutaj ruch kamery, który oddaje dynamiczność danej sceny. W ogóle w Charlotte kamera – wybaczcie, jeżeli razi Was w oczy, gdy mówię o kamerze przy anime, ale nie mam pojęcia, jak to inaczej nazwać – porusza się inaczej, niż w większości serii, co robi ciekawy, filmowy efekt.

Bohaterowie biegają jak kłody, ale biją się bardzo ładnie. Moim faworytem jest tutaj scena z trzeciego odcinka, gdy Nao dostaje solidny cios w twarz. Nie to, że zasłużyła, ale wyglądało to bardzo dobrze.

Co do teł: Charlotte chyba nie ma specjalnie czym się chwalić.

Charlotte

 

Muzyka:

Soundtrack Charlotte zdecydowanie dodaje serii tajemniczości, a przy tym samym jest przyjemny dla ucha. Nie ma w nim przesadnej energii, ale gdy trzeba, potrafi zaskoczyć zupełnie nową melodią.

Opening jest bardzo dobry. Lia – wokalistka – przyzwyczaiła nas już do podobnego poziomu przy seriach takich jak Angel Beats. Zarówno muzycznie, jak i wizualnie czołówka Charlotte stoi na wysokim poziomie. Szkoda jednak, że obiecuje więcej, niż daje nam całe anime. Z kolei pierwszy ending to coś, co leniwce lubią najbardziej. Uwielbiam, gdy piosenki z anime mają podobny klimat.

Ciekawostka: napisałem pierwszy ending, gdyż Charlotte otrzymało ich aż cztery! Myślę, że było to ciekawy zabieg, który pozwolił na lepsze wczucie się w klimat danego odcinka.

Na osobny akapit zasługują piosenki fikcyjnego zespołu Zhiend. Zarówno sam koncert, jak i utwory puszczane wcześniej przez bohaterów, to coś niesamowitego. Od czasu występu zespołu w Angel Beats, nic nie zapadło mi tak mocno w pamięć… Cóż, nic dziwnego, obie serie mają sporo podobieństw.

Charlotte

 

Słowo o twórcach:

Oczywiście, odpowiednie honory trzeba oddać Chibimaru oraz Yuu Tsurusaki za warstwę wizualną Charlotte (mangi oczywiście). Jednak Jun Maeda to prawdziwy człowiek orkiestra. Nie dość, że stworzył fabułę do mangi, to jeszcze skomponował muzykę do anime, która tak zachwalałem wyżej.

Spod palców Maedy wyszły również takie produkcje, jak wspominany już Angel Beats – którego jestem fanem! – oraz, może nawet bardziej znany, Clannad. W porównaniu do tych serii jednak Charlotte trochę odstaje.

 

Leniwiette

Na Charlotte zwróciłem uwagę już trzy lata temu, gdy to anime wychodziło w sezonie letnim, jednak nie kupiło mnie na tyle, abym przełamał lenistwo i je obejrzał. W tym z kolei pomógł mi kilka dni temu Netflix, który niesamowicie ułatwia – a przynajmniej mi – nadrabianie niektórych tytułów. Wiecie, położę się wieczorem do łóżka, nie mam ochoty na żaden film, to przelecę po zakładce anime i coś wybiorę.

I fakt faktem dokładnie tak było, tylko nie przed spaniem, a po południu.

Nie uważam, aby Charlotte było wybitnym tytułem, który każdy powinien widzieć. Dla mnie spisało się świetnie, jako luźna komedia z jakaś tam fabułą. I gdyby zostawiono ją w takiej konwencji, prawdopodobnie pisałbym zgoła inne rzeczy. Jednak twórcy postanowili dodać do Charlotte ogromną, mroczną intrygę, która przez zbyt krótki czas antenowy, nie zdążyła rozwinąć skrzydeł. Tak samo na plus nie zadziałały sztuczne charaktery postaci, jakie przyjdzie nam pod koniec poznać, a także mniejsze lub większe nielogiczności.

Ale dobrze oddana psychika bohaterów to zdecydowanie zaleta Charlotte. No i główny bohater nie jest głupi, nie zapomina o swoich mocach, tylko ciągle stara się je odpowiednio wykorzystywać.

Mam mieszane uczucia. Charlotte warto obejrzeć dla samej ścieżki dźwiękowej, ale też jako odpoczynek od innych anime, seriali czy filmów. Gdy nadejdzie siódmy odcinek, nie nastawiajcie się, czy fabuła będzie wybitna – bo ja tak zrobiłem i się trochę zawiodłem. Raczej akceptujcie to, co serwuje nam Charlotte z przymrużeniem oka.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: