Deadpool – najsmutniejszy bohater Marvela

MarvelPopkultura

Written by:

Poniższy tekst będzie się opierał o serii Deadpoola pisanej przez duet Gerry’ego Duggana oraz Briana Posehna, która była publikowana przez Marvel między 2012 a 2015 rokiem.

Jeżeli ktoś chce się z tym runem zapoznać, to są dwie drogi: na naszym rynku był on wydawany pod skrzydłami Egmontu i rozpoczyna się od historii o nazwie „Martwi Prezydenci”. Drugą jest wykupienie usługi Marvel Unlimited – jeżeli znacie język angielski, to bardzo polecam. Za około czterdzieści złotych miesięcznej subskrypcji, macie praktycznie nielimitowany dostęp do całości biblioteki tego wydawnictwa, od klasycznych serii po te najnowsze — te ostatnie zwykle są opóźnione w aktualizacji o sześć miesięcy. Jednak biorąc pod uwagę ilość opublikowanych tam komiksów, to raczej nie powinno stanowić problemu, bo zawsze znajdziecie coś interesującego do czytania. A z każdym dniem ta biblioteka rozrasta się coraz bardziej. Szkoda, że konkurencja wciąż nie planuje digitalizacji swojej linii wydawniczej…

 

Najsmutniejszy bohater Marvela

Wiem, że tytuł tego akapitu, jak i całego tekstu brzmi nieco abstrakcyjnie, a niektórzy pewnie pukają się w czoła. Jak to? Deadpool nawet nie smutnym, ale najsmutniejszym bohaterem, jakiego Dom Pomysłów wypuścił na świat?! Tym bardziej, biorąc pod uwagę całe masy zabawnych kadrów krążących po sieci, memów oraz przeróbek związanych z Wygadanym Najemnikiem, a także ogólne pojęcie o nim samym, jakie utarło się u społeczności – brzmi to odrobinę niewiarygodnie, prawda?

Przełamujący czwartą ścianę, wciąż wylewający z siebie tony słów i rzucający w każdej linii dialogowej dowcipem, zabawną grą słowną lub popkulturowym nawiązaniem – taki obraz rysuje się, gdy słyszymy o Deadpoolu. I na ogół niewiele byście się pewnie pomylili, w ten sposób próbując go opisać, ale „niewiele” w tym przypadku odziera tę postać z całej głębi i skupia się jedynie na powierzchownym elemencie jego charakteru. Więc, gdy ktoś stwierdzi, że Wade Wilson jest przede wszystkim klaunem, zaledwie konceptem mającym parodiować cały gatunek superbohaterski, na usta cisną mi się słowa tak często powtarzanie przed Radka Kotarskiego z Polimatów: „Otóż nic bardziej mylnego”. I choć przez lata w ten sposób głównie pisany był Deadpool, to Duggan i Posehn udowadniają, że pod tą powierzchowną radosną beztroską i humorem kryje się pełnoprawna postać. Człowiek głęboko zniszczony fizycznie i psychicznie, który sam zrobił i przeżył więcej gówna, niż ktokolwiek powinien.

Aby jeszcze rzucić nieco kontekstu, zanim przejdę do meritum – pragnę nadmienić, że ta seria Deadpoola była częścią inicjatywy wydawniczej pod egidą Marvel NOW!, która okazała się gigantycznym sukcesem. Chociaż nawet to może nie oddawać skali, z jaką wtedy odskoczyło wszystkim, bo w pewnym momencie niemal doszczętnie opanowali rynek – pozostałym zostawiając widok swoich pleców w oddali. Szczególną cechą było spojrzenie na bohaterów z nowej, świeżej perspektywy i czasem wręcz przedefiniowanie lub całkowicie wywrócenie na głowę tego, co o nich wiedzieliśmy.

To tutaj przecież zaczął się fenomenalny run Jasona Aarona z Thorem w roli głównej, czy uśmiercono Petera Parkera, aby rolę Spider-Mana przejął nie kto inny jak Doctor Octopus, a także pojawiła się świetna Ms. Marvel (jej w sumie należałby się osobny tekst, bo to tak dobry komiks i postać sama w sobie). Ogółem rzecz biorąc – nie ma chyba lepszego momentu, od jakiego moglibyście zacząć przygodę z komiksami tegoż wydawnictwa. Przystępność, świeży start wielu klasycznych bohaterów i historie, które już teraz zapisały się złotymi głoskami w komiksowym uniwersum Marvela, te cechy powinny większości z Was ułatwić wejście bez obawy o potrzebę znajomości wszystkich powiązań oraz całego bagażu dekad wydawania opowieści o superbohaterach Domu Pomysłów.

 

Deadpool

 

Martwi Prezydenci

Całość początkowo próbuje uśpić naszą uwagę, bo choć zaczynamy od bardzo kontrowersyjnego i dziwnego konceptu, to nie wszystkie karty zostają odsłonięte na tym etapie.

Otóż wyobraźcie sobie sytuację, gdzie podrzędny czarodziej na usługach SHIELD zaprzedaje duszę demonowi, aby w ten sposób uzyskać dostęp np. do Necronomiconu. Jednak nie w celu owładnięcia świata, o nie, to byłoby zbyt mało zabawne. Zamiast tego wskrzesza tylu zmarłych prezydentów Stanów Zjednoczonych ilu tylko może. Jak zapewne się domyślacie, nic nie idzie zgodnie z planem i ożywieńcy, zamiast uczynić „Amerykę Wielką Znów”… rozpętują małe piekło, które ktoś musi posprzątać. I tak rola ta spada na Deadpoola, a wybrany jest do tej misji tylko dlatego, że ma absolutnie fatalną reputację wśród społeczeństwa i nikt się nie przejmie, że tutaj zdzielił w potylicę Abrahama Lincolna, a innym razem stanął w szranki z Waszyngtonem lub przerwał safari w ZOO Teddy’emu Rooseveltowi. Bo jakżeby to tak, gdyby sam Kapitan Ameryka – facet latający z amerykańską gwiazdą na tarczy i w sercu miałby się bić z mniej lub bardziej szanowanym gronem głów największego współczesnego imperium. Źle by się to prezentowało w mediach. Tak też Wade rusza w bój, który okazuje się: po pierwsze być cięższy niż przypuszczał, po drugie zdobycie obiecanych mu pieniędzy przez SHIELD również nie będzie takie proste.

I tak skaczemy od stanu do stanu, od prezydenta do prezydenta (a czasem kilku na raz) i obserwujemy naprawdę kreatywne pojedynki, rzucane na prawo i lewo dowcipy, odniesienia do historii USA, które polski czytelnik raczej nie będzie w stanie wyłapać, a także mrugnięcia okiem do czytelnika przy łamaniu czwartej ściany.

Nawiasem, ktoś z was zastanawiał się, gdyby akcję osadzić w Polsce i Deadpool ma się np. zmierzyć z Narutowiczem, Witosem, czy Lechem Kaczyńskim. Do tego, ostatniego z Panów nadziewa na kołek wykonany z brzozy. Media chyba by zapłonęły, a rozpętana burza ciągnęłaby się miesiącami.

 

el presidente

 

Jednak strona za stroną, powoli – zaczyna do nas docierać zupełnie inny obraz. Nie zauważyłem tego sam od razu, ale z czasem zachowanie Deadpoola zaczęło sprawiać, że w mojej głowie ruszyły trybiki łączące wszystko w większą całość.

Autorzy scenariusza bardzo zgrabnie zaczęli nam dawać do zrozumienia, że humor ma tutaj jeszcze zupełnie inną, mniej radosną stronę. Subtelnie pokazywali, że Wade Wilson… jest przede wszystkim bardzo samotny. Nie ma nikogo w życiu, na kim mógłby się jakkolwiek oprzeć: żadnego side-kicka, żadnej superbohaterskiej grupy, czy przyjaciela porwanego przez Rosjan i przemienionego w nadnaturalnie uzdolnionego skrytobójcę. Wiele z jego decyzji oraz samo podejścia do otoczenia jest spowodowanych tym, że jak bardzo nie potrzebowałby kogoś w swoim życiu, równie mocno boi się na kimkolwiek polegać. Czy to przez to, że sam boi się ich skrzywdzić, czy też przez strach, iż straci osoby, na których im zależy w jakimś tragicznym zbiegu okoliczności i stara przyjaciółka Samotność mocniej zagości w jego psychice. Miejscami z premedytacją wybiera najbardziej obrzydliwe oraz odpychające zachowanie w desperackich próbach odgrodzenia się od kogokolwiek.

Śpi w miejscach brutalnych morderstw, widowni oglądającej jego „heroiczne” pojedynki rzuca zakrwawione elementy ubrania, a czasem bezceremonialnie wpycha własne wnętrzności z powrotem do brzucha, czy z nonszalancją przyjmuje fakt, że właśnie coś mu odpadło od ciała.

I taki uśmiech oraz beztroskie podejście do życia naszego najemnika przybierają postać jeszcze jednej maski – gdy jedną już posiada, do ukrywania swojego fizycznego stanu, nakłada dodatkową, aby za nią schować swoje psychiczne problemy. Wydaje mi się też, że łamanie czwartej ściany jest niejako rozpaczliwą próbą, aby utrzymać uczucie kontaktu z kimkolwiek. Zresztą całość historii doskonale podkreśla zakończenie Martwych Prezydentów – nie wchodząc w szczegóły, zaznacza tam status oraz niesławę, jaką był otoczony wewnątrz uniwersum Marvela. Podczas gdy on odwalił czarną robotę, za którą nie otrzymał nawet uściśnięcia dłoni… na scenie pojawiają się Mściciele i SHIELD, którzy spijają śmietankę powstrzymania kolejnego zagrożenia dla Ameryki (i Świata, ale kto by się tam resztą globu przejmował).

 

princess bride

 

Światełko w tunelu

Jednak, nawet gdy nie udaje mu się zdobyć gotówki za zlecenie na prezydentów – zdobywa coś innego. Wokół niego zaczynają pojawiać się ludzie, których aż tak nie brzydzi przebywanie w jego pobliżu. Co prawda jedna z tych osób jest nieco zmuszona do bardzo intymnego obcowania ze zniszczonym umysłem Deadpoola, ale im dalej ona go poznaje, a także przy okazji my, tym bardziej przekonuje się, że Wade nosi w sobie całe pokłady smutku związanego z jego niejasną przeszłością.

Pierwszy raz od dawna Wygadany Najemnik ma wokół siebie osoby, na których mu, mniej lub bardziej zależy – choć czasem musi ich wysłać (osobiście) do piekła, dla ich własnego dobra. Zresztą ta przygoda, zawierająca w sobie np. bliskie spotkanie z Mefisto kończy się na dość smutnej nucie.

Jedną z rzeczy, jaką się tutaj dowiadujemy – Wade ma problemy z pamięcią. Dość poważne problemy z pamięcią. Właściwie jego umysł jest pełen pustych przestrzeni, które powinny być wypełnione, tak jakby ktoś siłą wyrwał wspomnienia z jego głowy. Deadpool próbuje początkowo nawet z tego zażartować i to w dość makabryczny sposób, ale ostatecznie i on sam poddaje się uczuciu straty, uchylając na chwilę tę stronę swojej osobowości, którą zwykle stara się zagłuszyć. Wade jest po prostu już zmęczony, tak cholernie zmęczony. Prawdopodobnie, gdyby tylko mógł, to dawno popełniłby samobójstwo, żeby tylko móc wreszcie odpocząć, ale jego moce regeneracyjne skutecznie mu to uniemożliwiają.

 

sadpool

 

Odnosząc się do pamięci Deadpoola – autorzy w dość kreatywny sposób bawią się na przestrzeni tych bardziej stand-alone historii zamieszczonych w tym runie. Pamiętajcie jednak, że każda z nich ostatecznie jest całkiem istotna do poskładania do kupy przeszłości Wade’a + ostatni rozdział mocno czerpie ze wszystkich historii. Wykorzystując fakt, że Wade ma pomieszane w głowie i nigdy za dobrze nie pamięta, kiedy dane wydarzenia miało miejsce.

I tak przeskakujemy między różnymi epokami historycznymi, jednocześnie zmieniając co rusz styl komiksu, tak aby pasował do danej ery. Sprawia to, że opowieść zaskakuje nas na każdym kroku i zawsze jest w stanie zaoferować coś ciekawego. Dla przykładu: raz próbuje „pomóc” Iron Fistowi i Lukowi Cage w rozprawieniu się z pimpem albinosem. Innym razem przenosi się do Asgardu i wykonuje misję dla Odyna lub ratuje tyłek Nickowi Fury w pojedynku z pewnym austriackim malarzem. Znajduje też czas, aby rozprawić się z byłym agentem SHIELD – przy okazji zabijając niemały legion anonimowych, szeregowych trepów i niszcząc, co najmniej jeden Helicarrier.

 

Dobry, zły i brzydki

Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się jednak w historii okraszonej tytułem: The Good, the Bad and the Ugly. Nawiązuje on oczywiście do kultowego już spaghetti-westernu w reżyserii nie mniej legendarnego Sergio Leone.

Zamiast rozgrywać się na Dzikim Zachodzie, przenosimy się do Korei Północnej, gdzie Deadpool musi poradzić sobie z własną przeszłością i konsekwencjami wyborów, których w niej dokonał. Nie chcę w tym miejscu wchodzić w zbyt duże spoilery, żeby nikomu nie popsuć przyjemności z czytania komiksu – postaram się rozrysować całość w bardziej ogólny sposób, bo sama historia jest tutaj naprawdę świetna. Dość powiedzieć, że Deadpool w towarzystwie Wolverina oraz Kapitana Ameryki rusza na Daleki Wschód, gdzie czeka na niego pewien szalony naukowiec, z którym łączy go wspólna, dość burzliwa przeszłość.

Ton tej opowieści różni się znacząco od tego, do czego wcześniej nas ta seria zdążyła przyzwyczaić – i to dość diametralnie. Mniej tutaj humoru, a w miejscach, gdzie jest obecny, zdecydowanie zastosowano dużo subtelniejsze gagi tak, aby nie załamały klimatu beznadziei, jaki jest tutaj budowany. Bo musicie mi uwierzyć, zdecydowanie scenarzyści nie szczędzą mocnych obrazów. Każdy z nas wie, że „ta lepsza” Korea nie jest rajem na ziemi, a gdy odwiedzamy ją jeszcze od strony obozów koncentracyjnych i eksperymentów na żywych ludziach… możecie się domyśleć, że w pewnym momencie robi się bardzo ponuro.

Jednocześnie jest, to też miejsce narodzin – może jeszcze nie przyjaźni, ale wzajemnego szacunku między Kapitanem, Deadpoolem a Loganem, który to motyw w innych komiksach mocno rozwinięto. Zarówno nasz boy-scout, jak i kanadyjski X-man, zaczynają rozumieć, iż Wade nie jest tylko irytującym błaznem, ale głęboko zniszczonym przez chorobę i doświadczenia życiowe człowiekiem.

Also – w pewien sposób staje się mentorem dla odrodzonego w ciele nastoletniego chłopca Apocalypse. Pozwala sobie także pomóc innym B-klasowym villainom oraz najemnikom wyrwać się z ich dotychczasowego życia.

 

the good the bad the ugly

 

Nie będę ukrywał, że w serii nie brakuje naprawdę mocnych scen. I nie mówię tutaj tylko o latających niemal wszędzie ludzkich wnętrznościach, krwi i bardzo graficznym przedstawieniu brutalności.

Co jakiś czas mamy przebitki na przeszłość Deadpoola, na okruchy jego pofragmentowanej pamięci. Duże wrażenie robi np. moment, gdy ma dość eksperymentów na sobie i próbuje uciec. Sposób, w jaki to nam pokazano oraz przebieg samej akcji jest naprawdę przerażający. Totalnie odczłowieczenie, będące efektem wszystkiego, co przeszedł, całość jego świadomości, która sprowadziła się do najbardziej prymitywnego instynktu przetrwania, jest przeraźliwie smutnym i niepokojącym obrazem. Nie oszczędzono scen, gdzie Wade zachowuje się jak rasowy socjopata bez uczuć i empatii. Pojawia się też krótka historyjka, dużo dalej w opowieści, gdzie Deadpool przemierza lodowe pustkowia w towarzystwie na wpół zgniłego wilka – powiem tyle, że czegoś tak bardzo depresyjnego nie widziałem od dawna. I choć towarzyszy ona bezsprzecznie szczęśliwemu momentowi w życiu Deadpoola, dodaje całości lekkiego posmaku melancholii. Nawet w chwili, gdy wydaje się, że w końcu znalazł miejsce dla siebie, otoczony przez przyjaciół, (nową) rodzinę i z perspektywami, iż wszystko nareszcie idzie ku dobremu… ma problem z tym, jak to przetworzyć. Taka sytuacja zastaje go kompletnie nieprzygotowanego i czuje się on z tym dziwnie, do samego końca nie potrafiąc pozbyć się smutnego klauna, jakiego skrywa w sobie.

 

W jednym z rozdziałów jest jeden pojedynczy dymek, który perfekcyjnie podkreśla stan pamięci Deadpoola i brzmi mniej, więcej tak: „Jedyną rzeczą, jakiej jestem na 100% pewny – jest to, że Wade Wilson to moje prawdziwe imię. Chyba.”

 

Ten smutek również fantastycznie podkreślono w zamykającym całą serię rozdziale. Hmm, ujmując to w słowa: Deadpool gromadzi całe uniwersum Marvela, aby przeprowadzić roast na jego skromnej osobie, a całość prowadzi Howard the Duck. Dziwne, niepokojące miejscami, a przede wszystkim idealne podsumowanie tych ponad czterdziestu rozdziałów.

A i swój gościnny występ ma tutaj także Thanos.

 

 

Plusy ujemne

O ile cały run jest rewelacyjny, to ma też swoje mniej chwalebne momenty. Jednym z nich jest przede wszystkim tie-in do wydarzenia AXIS, gdzie bohaterom odwrócone zostały osobowości.

Niestety wypada bardzo blado, bo Deadpool zostaje podmieniony na mniej zabawną oraz charyzmatyczną wersję siebie. Dodatkowo ciągnie się niemiłosiernie przez fakt, że historia opiera się na ucieczce przed „złymi wersjami” części X-Men po ich willi. Mało to było kreatywne, wydawało się niesamowicie wymuszone, a samo przedstawienie bohaterów w roli złoczyńców wypadło płasko. Jedynie finał, gdzie Wade podejmuje się refleksji nad sobą i punktem w życiu, w jakim się na tamtym etapie znalazł, ratuje niejako całość.

Okazuje się bowiem, że jak zresztą zauważyłem wyżej, Deadpool nie może żyć bez swojego smutku i szaleństwa. I choćby mógł porzucić obie te cechy dla poczucia bycia „zbalansowanym”, to jednocześnie ich utrata obdarłaby z większości rzeczy, jakie go definiują.

 

zenpool

 

Deadpool kontra Ryan Reynolds

Lubię adaptacje filmowe Deadpoola. Nie są perfekcyjnymi filmami, ale swoją szaloną jazdą zapewniają sporo frajdy z oglądania – szczególnie część druga, która pozbyła się wszelkich hamulców i była festiwalem jazdy bez trzymanki. Od żartu do żartu, od gagu do gagu, z toną popkulturowych odniesień i całkiem niezłej akcji (chociaż mogli ograniczyć ilość efektów CGI, które przy tym budżecie niestety nie zawsze prezentowały się dobrze).

Czegoś jednak zawsze mi w nich brakowało, a może inaczej – uważam, że w pewnych aspektach mogli pójść o krok dalej, bardziej kreatywnie, łamiąc nieco ustanowione zasady. Nie czyni to obu części tej filmowej „sagi” złymi, po prostu uważam, iż można było spokojnie dodać do postaci odgrywanej przez Ryana nieco więcej smutku i dramatu, aby uczynić ją nieco bardziej wielowymiarową. Starano się to nieco naprawić w drugiej części, ale tam również zabrakło konsekwencji i jeden z ciekawszych twistów, który otrzymaliśmy na początku filmu, został w scenie po napisach dodatkowo odkręcony. Czułem się nieco oszukany i sprawiło to wrażenie odarcia Deadpoola z czegoś bardzo istotnego. Mam nadzieję, że trzeciej części lub w ewentualnym X-Force jednak postarali się utrzymać rozwój postaci.

 

Tutaj będzie dość spory spoiler dotyczący zakończenia pierwszej odsłony i jak ja bym widział to, w jaki sposób można by nieco „ulepszyć” finał. Nie mówię, że mam rację, po prostu mnie bardziej by takie rozwiązanie przekonało i byłoby bliższe stanowi psychicznemu oryginalnej postaci.

Sprawiłbym, że love interest Deadpoola na końcu nie wie, kim on jest, a tak naprawdę nie była porwana… ale szukała ochrony przed naszym bohaterem, bo czuła się zagrożona przez stalking z jego strony. Natomiast wszelkie szczęśliwe chwile etc. są wytworem mechanizmu obronnego Wade’a przed bólem oraz wspomnieniami z eksperymentów na jego osobie. Z fragmentów zniszczonej psychiki poskładał on sobie z nich jakieś szczęśliwe życie, którego nigdy tak naprawdę nie miał. Wszystko dla podkreślenia brutalności, w jaki sposób był potraktowany i efektów przez to wywołanych na jego psychice. Oczywiście trzeba by w takim razie zmienić też wiele scen z wcześniejszych minut filmu albo poprzez sprytny montaż i dopowiedzenie pewnych fragmentów sprawić, iż wydźwięk części z wydarzeń odmieniłby się o 180 stopni. Nie uważacie, że taki finał byłby ciekawszy? Jeszcze dodać scenę, gdzie Wade próbuje to wszystko obrócić w żart dla ukrycia bólu, jaki mu sprawia prawda. No, ale nie jestem profesjonalnym scenarzystą – więc nie będę kłócił się z decyzjami osób bardziej doświadczonych w robieniu filmów.

 

filmdp

 

Japonia nie gęsi, też swojego Deadpoola mają

Czytając kolejne rozdziały opowieści snutej przez Duggana i Posehna zacząłem dostrzegać naprawdę uderzające podobieństwa między tą serią a jedną z mang wydawanych przez Weekly Shounen Jump. Mowa tutaj oczywiście o Gintamie i jej bohaterze: Sakacie Gintokim. W obu historiach mamy do czynienia z postaciami o nie do końca jasnej przeszłości, która z pewnością nie była usłana różami. Obie postacie spotykamy w momencie, gdzie właściwie sami odcięli się od jakichkolwiek kontaktów z drugim człowiekiem, a tylko pewne zbiegi wydarzeń sprawiły, że ich samotne życie zaczęli wypełniać inni. No i u obu z nich zachowanie, jakie prezentują w dużej mierze, jest maską i próba ukrycia całych pokładów smutku, jakie się pod nią gromadzą. Manga Gintama, tak jak komiks Deadpool opiera się także mocno na gagach, absurdalnych wydarzeniach i żartach wystrzeliwanych jak z karabinu, które przetykane są jednak poważniejszymi, często smutnymi (a nawet bardzo smutnymi) i dramatycznymi rozdziałami. Różnica jest jednak taka, że o ile otoczenie Wade’a jest (w większości) jako tako normalne, to w przypadku Gintokiego… tutaj każda z postaci jest takim małym Deadpoolem (mówię tutaj o elemencie humorystycznym, jak i dramatycznym). Absurd, popkulturane odniesienia, nawiązania do historii Kraju Kwitnącej Wiśni, jak i bardzo, ale to bardzo japoński humor podkręcają miejscami całość komedii do takich wyżyn dziwności, że nie każdy pewnie będzie w stanie go przełknąć.

Jeżeli jednak jesteście wystarczająco odważni i nie boicie się tego typu wyzwać, to bardzo polecam sięgnąć, bo mamy tutaj naprawdę kawał znakomitego komiksu.

 

gintoki

 

Podsumowanie

Jeżeli podobały Wam się filmy z Deadpoolem lub po prostu chcecie zacząć przygodę z komiksem od czegoś ciekawego. Mogę z całym sercem tę serię polecić.

Nie wiem, czy każdemu spodoba się prezentowany tutaj humor, ani czy będziecie w stanie przełknąć różnice między papierowym Wadem, a tym filmowym. Warto dać mimo wszystko szansę, bo zbudowano tutaj postać z krwi i kości, która ma swoje wady, demony przeszłości i pod pozorami czystego błazeństwa skrywa obraz osoby mocno złamanej oraz samotnej.

 

sadpool

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: