(Nie)poprawność polityczna

ArtykułPopkultura

Written by:

Poniższy tekst może się części z czytelników wydać kontrowersyjny. Wielu z Was pewnie w żaden sposób się ze mną nie zgodzi i zacznie z nim polemizować. Nie jest jednak moim celem, aby kogokolwiek próbować nawracać siłą na mój punkt widzenia i z otwartymi rękoma przyjmę wszelką (rzeczową) krytykę.

Z drugiej jednak strony mam nadzieję, iż jednocześnie poniższe słowa pozwolą wielu osobom spojrzeć na problem z nowej perspektywy. Właściwie piszę je pod wpływem lektury wielu tekstów oraz komentarzy ludzi, którzy zdają się nie dostrzegać pewnych zależności lub przyjmują „fakty” przedstawiane na polskich portalach popkulturowych bez, chociażby, próby zweryfikowania źródeł, czy jakości tłumaczenia z oryginału… nie uprzedzam jednak faktów i zapraszam do lektury, a także do wyrażania własnej opinii.

W tekście będę się odnosił głównie do Disneya, bo w ostatnich miesiącach to na tej korporacji skupia się większość krytyki jeżeli chodzi o „promowanie” mniejszości.

 

Liczy się perspektywa

Żyjemy w świecie globalnej wioski, gdzie dostęp do popkultury, newsów i informacji jeszcze nigdy nie był tak otwarty, jak obecnie. Produkcje rozrywkowe trafiają do naszych kin praktycznie bez większego opóźnienia, a czasem nawet i wyprzedzają swoje premiery względem USA, ba zdarzają się nawet tak kuriozalne sytuacje, gdzie rząd zajmuje się sprowadzeniem danego dzieła szybciej, wywierając odpowiednie naciski. Odpalając przeglądarkę internetową, możemy kilkoma kliknięciami wykupić dostęp do potężnych bibliotek serwisów streamingowych, czy skorzystać z mniej legalnych metod spożywania kultury – w ten lub inny sposób, Hollywood oraz cały amerykański przemysł rozrywkowy stał się nieodłącznym elementem spędzania naszego wolnego czasu. Jednocześnie, nieważne jak często obcujemy z produkcjami ojczyzny Wuja Sama lub oglądamy na dużym, czy małym ekranie powiewający gwiaździsty sztandar… nie jesteśmy jednak amerykanami.

Nie wychowaliśmy się w wielokulturowym tyglu, jakim jest tamtejsze społeczeństwo, nie rozumiemy jego niuansów, a jego historia – szczególnie ta współczesna, jest dla nas mimo wszystko wciąż dość obca. Żyjemy w kraju o homogenicznej strukturze, jednej dominującej religii oraz w sąsiedztwie krajów, które nie są nam również aż tak odległe kulturowo. Podczas gdy tutaj przez prawie cały ostatni wiek walczyliśmy o wolność, możliwość samostanowienia, a nasi rodzice oraz dziadkowie głowili się nad zapewnieniem jak najlepszych warunków bytowych swoim bliskim w okresie komunistycznych niedoborów prawie wszystkiego. Za wielką wodą czeka na nas zupełnie inny klimat polityczny i inne problemy. Próba oceny tego, jak wyglądają obecnie i jak zmieniają się produkcje wypuszczane przez Fabrykę Snów, polegając tylko na naszej wizji świata, jest jakby to ująć, wybrakowane. Nie było u nas niewolnictwa, a nawet napięcia międzynarodowościowe w okresie dwudziestolecia międzywojennego i tragicznych wydarzeń na Wołyniu wraz powoli z umierającym starszym pokoleniem umykają z naszej świadomości, zmieniając się w przede wszystkim coraz odleglejsze fakty historyczne. Tym bardziej że miały one miejsce na terenach niebędących już częścią współczesnej Polski. Ba, nawet próba znalezienia analogii byłaby dość ciężka i karkołomna. W Stanach Zjednoczonych natomiast – podziały rasowe, walka o prawa czarnych, dyskryminacja na tym tle jest nadal bardzo świeżym rozdziałem sięgającym nie więcej niż kilka dekad wstecz od dnia dzisiejszego. Rany wciąż są bardzo głębokie, a reperkusje odgradzania Afroamerykanów od dostępu do szerszego rynku pracy, edukacji i innych form rozwoju osobistego nadal przez kolejne dziesięciolecia będą widoczne. Nie był to też problem lokalny, ale dotyczył niemal każdego zakątka Stanów Zjednoczonych. Społeczeństwo USA wciąż uczy się jak sobie poradzić z tym bagażem i jego efektami (getta, nierówności społeczne, gangi w czarnych dzielnicach) – co również ma swoje bezpośrednie przełożenie na filmy…

 

Demografia

…jednak nie jest aż tak ważnym czynnikiem, jakby się mogło wydawać. Właściwie bym powiedział, że chęć „zadośćuczynienia” oraz dywersyfikacji osób w kinie przez poczucie winy – jest raczej sprawą drugo, a nawet trzeciorzędną. Wiecie, co się tak naprawdę liczy dla szefów wszystkich szefów w Hollywood, którzy trzęsą światem rozrywki? Pieniądze.

Przedstawmy sobie sprawę jasno – światowy przemysł rozrywkowy jest zdominowany przez Amerykanów, największe produkcje wychodzą właśnie z tego kraju i są produkowane przede wszystkim na jego rynek. Zwykle od jednej trzeciej do nawet połowy przychodów z danego filmu stanowią wpływy właśnie z USA, dodajmy do tego też fakt, iż studia dostają też dużo większy procent od każdego sprzedanego biletu niż np. w Europie, czy Chinach, które są kolejnymi najbardziej dochodowymi kierunkami dystrybucji. Z tego właśnie powodu zawsze priorytetem będzie ukazanie akcji z jak najbardziej znajomej dla przeciętnego Joe perspektywy. I tutaj pojawia się pierwszy warunek, na który muszą producenci zwracać uwagę – taki Joe, to nie jest tylko biały facet, właściwie stanowi on zaledwie około 30% potencjalnej klienteli gotowej wydać swoje pieniądze (odliczając białe kobiety, ale o tym później). Pytanie więc, czy będąc na czele wielkiej korporacji, bylibyście w stanie odrzucić około dwóch trzecich potencjalnych przychodów? Jak wytłumaczylibyście się z takiej decyzji przed udziałowcami, którzy oczekują od firmy, jaką zarządzacie maksymalizacji zysków? Nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się sabotowania samego siebie w ten sposób, a że przy okazji można jeszcze ładnie się pouśmiechać i mówić, iż nasza firma wspiera różnorodność, jest to tylko bonusem. Doskonale pokazuje to przykład filmu Black Panther, który był pierwszym pełnoprawnym blockbusterem, gdzie główną superbohaterską rolę miała czarnoskóra osoba. Efekt? Prawie 700 milonów dolarów w samym USA i 1.3 mld dolarów na całym świecie. Jednak na dwadzieścia filmów, które składają się na całe Marvel Cinematic Universe – jeden taki bohater to wciąż dość mało. Obecnie czarnoskórzy w USA stanowią około 13% całkowitej ludności, a biorąc pod uwagę ilość postaci pierwszo i drugoplanowych w filmach Disneya, ten odsetek jest o wiele, wiele mniejszy. Przy czym mówimy tutaj tylko o dywizji filmów komiksowych, bo gdyby spojrzeć z jeszcze szerszej perspektywy, to dominacja rasy białej nad pozostałymi, jeżeli chodzi o kinową reprezentację, robi się jeszcze większa.

Disney

Wszystko jednak, wraz z postępującą globalizacją oraz zmianami na wewnętrznym rynku USA, się zmienia i tak np. Pixar przyjął strategię prezentowania innych obszarów kulturowych. W ten sposób dostaliśmy np. Coco, czy Vaianę. I prawdopodobnie nie jest to ostatnie słowo giganta, bo pieniądze dosłownie czekają w portfelach potencjalnych klientów. Nie ważne, czy to Indie lub Chiny ze swoimi gigantycznymi liczbami ludności, czy choć wciąż dość biedna, ale coraz bardziej ludna Afryka lub muzułmański Bliski Wschód. Rynków do zagospodarowania jest cała masa i zdziwienie, że studia filmowe chcą po nie sięgnąć – jest co najmniej niezrozumiałe, bo to jedna z najbardziej logicznych oraz lukratywnych dróg ekspansji. Zresztą wystarczy spojrzeć na liczby w samym USA: Azjaci ponad 5%, Latynosi ponad 17% et cetera, et cetera.

 

Kobiety i mniejszości seksualne

Pozostając jeszcze w klimacie liczb – mała zagadka matematyczna. Kto stanowi około pięćdziesięciu procent ludzkiej populacji? Podaję też od razu odpowiedź: uwaga, poproszę o werble! Otóż hasło to lam… znaczy się kobiety. Tak, nasze drogie panie są tak bardzo liczne, jak my, męska część społeczeństwa. I wiecie, co jest dziwne? Oburzenie dużej części internautów na zapowiedzi, że także w filmach coraz częściej będą się one pojawiać jako pełnoprawne protagonistki swoich filmów superbohaterskich, czy innych produkcji, jakie do tej pory były kojarzone z męską obsadą. Ile potraficie wymienić filmów, w których nie bano się obsadzić w roli głównego bohatera „kobiety z jajami” – takiej, która przychodzi żuć gumę i kopać po tyłkach? Osobiście na szybko mogę wymienić: Ripley z Obcego, czy Sarę Connor z drugiej odsłony Terminatora, a z ostatnich lat Furiosę w Mad Maxie, w tych dwóch ostatnich jednak nie były w żaden sposób samodzielnymi protagonistami (jednakże sporo mniejszych produkcji, takich jak np. Atomic Blonde się pojawia, ale wciąż to kropla w morzu opanowanym przez blockbustery za dziesiątki milionów dolarów). Wiele osób rzuciłoby od razu tutaj przykładem, że są przecież słabsze fizycznie od mężczyzn… ale wiecie w świecie nadnaturalnych mocy, czy zaawansowanej technologii pozwalającej przełamywać fizyczne bariery lub z pomocą zwykłej broni palnej, jakakolwiek tężyzna fizyczna przestaje mieć takie znaczenie. Zresztą biorąc pod uwagę, że jestem niezbyt wysportowanym i sprawnym nerdem, to istnieją całe legiony kobiet, które bez problemu pewnie skopałyby mi mój spiwniczały tyłek.

Dodatkową sprawą jest fakt, że panie z roku na rok wydają na popkulturę coraz więcej pieniędzy i otwarcie stają się częścią wielu fandomów. Można powiedzieć, że kobiece nerdy powychodziły z szafy i minęły już czasy, gdy nie wypadało im się jarać tym samym, co facetom. W przeciągu ostatnich kilkunastu lat okazało się, iż one równie mocno lubią komiksy, gry i kino akcji co mężczyźni, a dodając do tego wyrównujące się poziomy płac oraz rosnące możliwości kariery zawodowej – ich pęczniejące portfele i wydatki na popkulturę zaczęły przyciągać również uwagę dużych studiów. Zresztą nie tylko odbiorczyń, ale i scenarzystek komiksowych przybywa dość szybko, a część z nich zdążyła już sobie wyrobić naprawdę silną markę w branżowym świecie. Kino wciąż jednak do tego trendu podchodzi dość ostrożnie i nawet pomimo niewątpliwego ciepłego przyjęcia Wonder Woman, filmów z superbohaterkami wciąż nie zapowiedziano zbyt wiele. Poza sequelem do, jak do tej pory, jedynego komercyjnego sukcesu w kinowym uniwersum DC i nadchodzącą dużymi krokami Kapitan Marvel po drugiej stronie barykady – chyba żaden inny nie jest jeszcze pewien trafienia do produkcji, czy ostatecznie do kin. I jeszcze zanim ktoś zacznie we mnie rzucać np. przykładem z ostatnich Ghostbusers jako kontrargumentu, to nie obawiajcie się – przejdę jeszcze do tego potworka.

Disney

Dużo w tym tekście liczb, ale mam dla was jeszcze jedną, dość sporą: trzynaście i pół miliona. Pewnie zastanawiacie się, co ona może oznaczyć – odpowiedź brzmi następująco: jest to ilość (zdeklarowanych) osób o innej preferencji seksualnej niż heteroseksualna w USA. Ponad cztery procent amerykańskiego narodu stanowią ludzie, których nie do końca pociąga ta sama płeć. I mówimy tutaj tylko o tych, jakie odważyły się do tego przyznać i otwarcie prezentują swoją odmienność. Pewnie, gdyby również próbować oszacować liczbę tych wciąż bojących się reakcji swojego otoczenia i ostracyzmu, ta mogłaby zdecydowanie się powiększyć. Natomiast ilu bohaterów tego typu mamy w dzisiejszych superprodukcjach? Nie jestem w stanie sobie nawet jednego takiego przypomnieć. Co prawda w popkulturze nieśmiało próbuje się np. osoby homoseksualne śmielej przemycać, zazwyczaj jako część większej obsady lub gościnny, jednorazowy występ – nie możemy ukryć, że reprezentacja ich w produkcjach rozrywkowych jest o wiele, wiele mniej procentowo liczna niż możemy zaobserwować to w ogóle populacji. Odpowiedź więc np. Kevina Feige, który zapytany, czy pojawią się osoby nie-heteroseksualne w kolejnych produkcjach ze stajni Marvel Studios/Disney jest całkowicie logiczna i zrozumiała, nie oznacza, to jednak, że heteroseksualni bohaterowie przecież zniknął (odłóżcie proszę te widły i pochodnie). Patrząc na ostatnie filmy spod bandery Myszki Miki — raczej się na to nie zanosi. Niedawno przecież mieliśmy nawet powrót Iniemamocnych, którzy są na swój sposób celebracją tradycyjnego modelu życia rodzinnego. Naprawdę nie rozumiem zarzutów o to, że np. właśnie Disney próbuje narzucać siłą pro-LGBT/SJW agendę swoim widzom… gdy wciąż (niemal) wszyscy bohaterowie, jacy w ich produkcjach są heteroseksualni lub w „najgorszym” przypadku ich preferencje nie są w żaden sposób zaprezentowane albo zupełnie zepchnięte na dziesiąty plan.

Będę to powtarzał jak mantrę, ale duzi gracze dbają przede wszystkim o zysk – chcą pozyskać jak najszerszą widownię i w momencie, gdy kina notują z roku na rok coraz większy odpływ widzów w związku z konkurencją np. Netflixa i produkcji telewizyjnych, teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek liczy się każdy procent populacji, jaką mogą zachęcić do wydania pieniędzy na bilet.

 

Star Wars

Natomiast moim ulubionym tematem, jaki ostatnio się przez polskie portale społecznościowe przewija, jest sytuacja w Lucas Film po przejęciu go przez Disney. Nie mówiąc już o odbiorze ich produkcji i zarzucanie im promowania „nazbyt upolitycznionych treści”. Wiecie – ja doskonale rozumiem, że kierunek, jaki obrało kierownictwo dla Gwiezdnych Wojen, nie wszystkich przekonuje. Powodem dla niektórych może być wyrzucenie starego kanonu na śmietnik (co akurat uważam za doskonałą decyzję) lub po prostu kreatywne kroki, jakie podjęto. Natomiast kompletnie nie mogę się zgodzić z argumentem, że stara i odległa galaktyka nagle stała się formą promowania treści politycznie poprawnych. Właściwie zdradzę wam mały sekret – pod rządami nowych właścicieli jest tutaj mniej odniesień oraz ukrytego komentarza ideologicznego niż za kadencji Georga Lucasa.

Disney

Chyba najbardziej oczywistym przykładem, jaki można wyciągnąć sobie obie strony konfliktu i jak właściwie są widowni zaprezentowane. Oto mamy Rebelię – pomieszanie z poplątaniem ras, kultur i języków, na której czele stoją dwie silne kobiety. Niemal wyidealizowany obraz bojowników o wolność naszą i waszą, gdzie każdy ma ideały Starej Republiki w sercu. Z nimi skontrastowano chłodny, militarystyczny obraz Imperium, który jest zarządzany przez zgniły, autorytarny patriarchat, złożony z białych mężczyzn w średnim bądź dojrzałym wieku. Nie uświadczymy tam nie-ludzkich oficerów, czy kobiet na wysokich stanowiskach. Jedyni obcy, z jakimi Imperium współpracuje, to albo najemni mordercy lub przestępcze syndykaty. Więcej przykładów? Popatrzcie na głównego bohatera, Luke w Nowej nadziei, czy Imperium Kontratakuje, nie jest standardowym bohaterem – wręcz przeciwnie, to chuderlawy chłopak z prowincji, który w całą kabałę został wkręcony niejako przypadkiem. Zresztą w pierwszym spotkaniu z „damą w opałach”, to Leia pokazuje przede wszystkim, kto tutaj ma silniejszą osobowość i w pierwszych zdaniach, zamiast rzucić się swojemu wybawcy w ramiona… gasi go paroma słowami jak peta. Chociaż z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się to niczym rewolucyjnym, weźcie jednak pod uwagę czas powstawania Gwiezdnych Wojen oraz jakie tropy filmowe, oraz jak popkultura wtedy wyglądała. A jeszcze w samym zakończeniu Oryginalnej Trylogii – pamiętajcie, że do pokonania Imperium przyczyniły się miśki z dzidami i kamieniami.

Co więcej, sam George Lucas w niejednym wywiadzie potwierdził, że występują tam również nieco bardziej osobiste przytyki, które stanowią jego ideologiczny manifest. Pewnie zastanawiacie się, o co chodzi. Mianowicie – Imperator oraz jego otoczenie był wzorowany na prezydencie Nixonie i partii Republikańskiej. Wbijanie szpil w GOP nie kończy się zresztą na nim, bo w Prequelach twórca Gwiezdnych Wojen… przyznał, że tym razem obraz upadku Galaktycznego Senatu był krytyką rządów George W. Busha. Dodatkowo, jeżeli chodzi o Epizody 1-3, ciężko nie zwrócić uwagi również na zapisaną w nich krytykę do konserwatyzmu oraz stagnacji w kwestiach tego, co jest społecznie akceptowalne. Przecież Zakon Jedi w ten właśnie sposób sprowadził na siebie zniszczenie, gdzie ślepo podążając za tymi samymi ideałami od wieków i nie rozważając żadnych zmian w swojej strukturze – sprawili, że młody Anakin odwrócił się od Jasnej Strony Mocy. Ich ślepe przywiązanie do tradycji spowodowało, iż nie byli w stanie nijak dostrzec zbliżającego się zagrożenia, a rada przez większość czasu pozostawała w słodkiej nieświadomości – trzymając się skostniałych zasad i myśląc, że te ochronią ich przed wszelkimi konsekwencjami. Widać tutaj pewną poetykę, gdzie nawet w Starej Trylogii Mistrz Yoda mylił się, gdy nie chciał pozwolić Skywalkerowi, aby podążył na ratunek swoim przyjaciołom i skupił się na „dawnej drodze” odcięcia od przywiązania do materialnego świata, i zbędnych jego zdaniem emocji, a które to ostatecznie pomogły mu pokonać przeciwności oraz Ciemną Stronę. Podobnie w Ostatnim Jedi sam Luke popełnił ten sam błąd co Jedi Starej Republiki, gdy sam próbował odbudować Zakon, opierając go na starych zasadach – swoimi decyzjami doprowadzając do niejako „stworzenia” Kylo Rena.
Polskie portale popkulturowe

Kolejną rzeczą jest obraz polskiego dziennikarstwa popkulturowego, a właściwie jak bardzo ono szura nogami po dnie. Pomijając już kompletnie kwestie artykułów, recenzji etc. – bo te wiadomo, że są (starają się być – przyp. Leniwiec) subiektywne i poza merytoryką ciężko im cokolwiek więcej zarzucić. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o publikowanych na ich łamach newsach. Ich jakoś jest absolutnie tragiczna. Przede wszystkim rodzime portale sobie wręcz ukochały operowanie jak najbardziej sensacyjnymi nagłówkami, gdzie całe ich działanie polega na publikowaniu jak najobrzydliwszych przykładów „click-baitów”. I chociaż jeszcze byłoby to do przełknięcia w momencie, gdy treść danego newsa wynagradza obrażanie inteligencji czytelnika. Niestety w dziewięciu na dziesięć przypadków tak nie jest. Najgorsze w tym jest to, że te pożal się Boże „artykuły”, krążą później po sieci, robiąc kilka obiegów oraz mutując po drodze w kolejne potworki.
Grzechy tychże portali, które zbiorczo można spokojnie nazwać „Pudelkami popkultury” można streścić w kilka zgrabnych punktów:

Fatalna jakość tłumaczeń. Serio, za każdym razem sięgając po oryginalną treść (jeżeli jest dostępna w języku angielskim) i porównując ją do przekładu, można dostrzec tyle błędów i przeinaczeń, że tekst w języku polskim traci w ogóle sens. Szczególnie w dobie powszechnego dostępu do Internetu oraz takich stron jak np. Urban Dictionary, która pozwala wyłapać mnóstwo kolokwializmów i tła do pewnych powiedzonek, czy dziwnych konstrukcji. Nasi „dziennikarze” zdają się z tych dobroci nie korzystać i raz za razem wykładają się na tego typu fragmentach. Nie wspominając już o tym, że potrafią na pałę przepisać tekst bez głębszego zastanowienia. W taki sposób np. narodził się mit o tym, że Mark Hamill nienawidzi Riana Johnsona i najchętniej nakopałby mu do tyłka, za to, co zrobił z Lukiem, co jest kompletną bzdurą, którą sam aktor nie raz dementował. Tak, na początku nie do końca rozumiał ścieżkę, jaką obrał dla jego postaci reżyser, ale po zapoznaniu się z pełnią historii i scenariuszem kompletnie zaakceptował tę wizję, tego jednak polskie portale już Wam nie powiedzą.
Brak zrozumienia kontekstu, czy kompletna nieznajomość tematu. Pamiętam, jak jakiś czas temu sieć obiegła zatrważająca wiadomość, że Ms. Marvel jest teraz muzułmanką, a Thor kobietą! Tysiące internautów w panice wieszczyło koniec cywilizacji białego człowieka, a komentarze wrzały od słów oburzenia. Działo się to też w kontekście przeciętnych wyników finansowych Marvela i spadku sprzedaży ich komiksów. Ludzie zaczęli dodawać dwa do dwóch… z tym że wynik wychodził im zwykle pięć, bo ani nie „feministyczna propaganda”, ani też „polityczna poprawność” były tutaj problemem. Oczywiście nikt nawet z „dziennikarzy” nie pochylił się nad problemem i nie zauważył, że Pani Thor była jednym z największych hitów sprzedażowych w kolekcji Domu Pomysłów i nie powiązał problemów wydawnictwa głównie z nieprzemyślaną strategią wydawniczą (ta obejmowała m.in. mnóstwo restartów statusu-quo w bardzo krótkim odstępie czasu, co zniechęciło całe rzesze czytelników). Zamiast tego całość sprowadzono do nagłówków typu: „MARVELA ZŻERA POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA [ZOBACZ MEMY]”. I jak tutaj ich traktować poważnie?

Czerpanie wiedzy ze śmieciowych źródeł i powielanie fałszywych informacji. Na koniec prawdziwa perełka. Czym byłby dobry click-bait bez źródła, które dostarczy oryginalny „news”. W sieci jest całe multum zagranicznych serwisów, blogów komiksowych, stron na WordPressie oferujących „informacje”, czy mniej lub bardziej szemranych twórców materiałów wideo. Chcąc oddzielić ziarna od plew, trzeba poświęcić na to mnóstwo czasu i wysiłku, a także zajrzeć do tych branżowych lub mających dobre wtyki portali (np. Hollywood Reporter)… ale po co? Lepiej wziąć najbardziej absurdalnie brzmiący news i przedstawić go jako coś gorącego i pikantnego. I tak rodzą się publikacje o tym, jak to Bob Iger nienawidzi Kathleen Kennedy, czy też cały zarząd Disneya chce ją ukrzyżować po wpadce z Solo. Słuchajcie – Pani Szef Lucas Film w ostatnich latach na trzech filmach (TFA + RO + TLJ) zarobiła dla Disneya cztery i pół miliarda dolarów (nie licząc zabawek, koszulek, czy innego szajsu kolekcjonerskiego). Myślicie, że wpadka z jedną produkcją totalnie ją przekreśliła? Raczej wątpię. Wiecie skąd, wziął się ten „news”? Od pojedynczej (!) kobiety, która prowadzi dość szemrane wideoblogi. Myślę, że nie jest to najpewniejsze źródło, z jakiego powinno się czerpać.

 

W kontrze

Tekst rozrósł mi się do dość sporych rozmiarów, ale jeszcze zanim go zakończę – chciałbym nadać nieco kontry do samego siebie i mojej opinii, jaką tutaj już zbudowałem. Mianowicie studia w pogoni za najnowszymi trendami często same się zapędzają w kozi róg, próbując przypodobać się nowym odbiorcom. O ile zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że w kinie jest więcej czarnoskórych, czy kobiet w filmach akcji… to jednak często wydaje mi się, że w wielu przypadkach producenci próbują za mocno. Co mam na myśli? Już wspomniałem gdzieś wyżej o np. ostatnich Ghostbusters z kobiecą obsadą, ale ten sam problem dotyczy również dla przykładu ostatniego Ocean’s 8. Fakt, że tego typu remake powstają, nie jest problemem – właściwie czemu nie, odmienna dynamika poprzez odwrócenie płci bohaterów, nowe spojrzenie na markę i jej odświeżenie. To mogłoby się udać bez większych problemów. Gdzie indziej jest pies pogrzebany. Studia idą często na łatwiznę, kompletnie ignorując w takich przypadkach potrzebę stworzenia ciekawych bohaterek, które dysponują odpowiednią charyzmą i prezencją na ekranie. Zamiast tego próbuje nam się wcisnąć jakąś potworną wariację na temat „girls power, yeah!”, która na dodatek nie wychodzi spod ręki kobiet, ale producentów siedzących w swych garniturach w klimatyzowanych salach konferencyjnych. Wcale nie dziwię się sporej części widowni, że po jakimś z kolei tego typu filmie mają dość i stwierdzają, że „Za dużo kobiet w kinie! Niszczą nam marki naszego dzieciństwa!”. Podobnie rzecz się ma z bohaterami o innej orientacji seksualnej niż bycie hetero – nie przedstawia się ich poprzez charakter, działania lub wartości, jakie mogłyby reprezentować. Zamiast tego najczęściej, to właśnie np. ich homoseksualizm (zwykle przerysowany przy tym do granic możliwości) jest jedyną rzeczą, jaka ma wyróżniać daną postać. Tego typu podejście, często pomimo nawet dobrych chęci (choć zwykle wynikające z czystego cynizmu i próby zarobienia na pewnych trendach), jest zarówno męczące dla przeciętnego widza, jak i obraźliwie dla mniejszości seksualnych. Naprawdę mam nadzieję, że w przyszłości tego typu praktyki będą coraz rzadsze i korporacje rozrywkowe nauczą się większego szacunku do inteligencji swoich odbiorców.

Nie da się ukryć, że istnieją także radykalni Social Justice Warriors, agresywne odmiany feminzmu lub głośne grupki osób transpłciowych, którzy sobie chcą przywłaszczyć jedyne prawo do reprezentowania własnego środowiska. Zwykle robiąc to w sposób dość nieudolny oraz nachalny – powodując więcej szkód niż pożytku. Ostatnim, wciąż dość świeżym tego przykładem jest chyba sprawa Scarlett Johansson, która zrezygnowała z roli po głośnych protestach grupki oburzonych. Stwierdzili oni, że nie może ona zagrać transpłciowego mafiosy, bo ta posada należy się przedstawicielowi ich mniejszości. Ok, rozumiem, że generalnie chodziło im o to, żeby uzyskać rozgłos i zachęcić studia do zatrudniania transpłciowych aktorów. Jednak bądźmy szczerzy – to jest pewna dyskryminacja w drugą stronę, gdzie zabraniam studiu, czy reżyserom dobierać aktora pod rolę, tylko dlatego, że nagle może znaleźć się pewna ilość osób, jakim się to nie spodoba i będą sabotować produkcję. W tym przypadku sprawili, że obecnie nie wiadomo, czy film w ogóle powstanie, działając tym samym, bardziej sobie na szkodę niż przynosząc pożytek dla własnej sprawy.

Zresztą przykłady takich radykalnych i dość absurdalnych reakcji można by mnożyć: czepianie się jednego z redaktorów serwisu Polygon o to, że w Wiedźminie 3 nie było wystarczającej ilości osób czarnoskórych, albo już totalny odlot pewnych środowisk przy Kingdom Come Deliverence. Takimi działaniami raczej nikt nie przysporzy sobie większego poparcia.

Disney

 

To chyba tyle…

Wiem, że powyższy tekst może miejscami wydawać się nieco chaotyczny i skakać z tematu na temat, ale potrzebowałem wypowiedzieć się na kilka różnych kwestii, które gryzły mnie od jakiegoś czasu. Siedząc na forach, czy mediach społecznościowych często jestem atakowany przez dziesiątki bzdurnych artykułów, na dodatek jeszcze dodatkowo podlewanych sosem z rasistowskich, czy mizoginicznych komentarzy. Ilość szamba, jakie się często z nich wylewa, a przede wszystkim kompletna ignorancja wynikająca z braku zrozumienia tematu i polegania na rodzimych portalach popkulturowych, które dodatkowo podsycają tego typu narrację. Spowodowała, że musiałem z siebie to wszystko wyrzucić i zebrać w jednym miejscu. Nie wiem ilu czytelników, się ze mną zgodzi, czy w ogóle ktoś przytaknie lub zastanowi się głębiej następnym razem przed napisaniem komentarza, ale jeżeli będzie to chociaż jedna osoba – będę bardzo zadowolony. Tymczasem zapraszam do dyskusji i do zobaczenia w kolejnych moich tekstach.

Aha – wszelkie dane liczbowe, które użyłem w tekście spokojnie sami możecie znaleźć np. na anglojęzycznej Wikipedii, gdzie są ładnie zaprezentowane i dostępne. Oczywiście oparte na oficjalnych publikacjach stanowych i federalnych Stanów Zjednoczonych Ameryki.

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
LeniwiecMieszczkaPrzeczytanaRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Przeczytana
Gość

Rozsądny głos. Szacun, dobrze ująłeś swoje myśli.

Mieszczka
Gość

Dzień dobry wieczór. Dużo wątków. Pozwolę sobie przedstawić swoje zdanie w kilku kwestiach. Pojęcie globalnej wioski jeszcze nie funkcjonuje wśród całej ludzkiej populacji. W Polsce np. większość ludzie starszego pokolenia, nie ma dostępu do informacji na wyciągnięcie ręki, bo jedynie słyszeli, że istnieje coś takiego jak Internet. Określenie afroamerykanie śmieszy mnie od zawsze. Co chce się tym osiagnąć? O innych rasach zamieszkujących Stany nie mówi azjoamerykanie, czy euroameykanie. Dane statystyczne nie są dla mnie miarodajne. Bo niby skąd wiadomo np. że „Ponad cztery procent amerykańskiego narodu stanowią ludzie, których nie do końca pociąga ta sama płeć.”? 320 kilka milionów Amerykanów… Czytaj więcej »

Leniwiec
Admin

W większości się zgadzam z Twoim komentarzem. Szczególnie z akapitem poświęconym filmom, bo jestem niemal identycznego zdania. Pisałem nawet o tym z autorem tekstu, że moim zdaniem, bohater powinien być taki, jakim wymarzył go sobie autor i nic nie powinno na to wpływać. Ale łapię się na tym, że mi, na przykład, trudno uczynić głównego bohatera czarnoskórym, gdyż nie obcuję z takimi ludźmi, nie wiem jaką mają mentalność, priorytety, zachowanie – oczywiście zakładając, że kolor skóry ma przy tym znaczenie. Co do poprawności politycznej – ludzie ni widzą, że przeginanie w obie strony to zło. Skrajności nie prowadzą do niczego… Czytaj więcej »

%d bloggers like this: